Dzisiaj będzie o książce, o której słyszeli wszyscy.
Będzie też długo. 😉
Małego księcia przeczytałam po raz pierwszy w szkole podstawowej, gdzie (oczywiście) był lekturą. Nie zrobił na mnie wtedy wielkiego wrażenia, wydał mi się dość zwykłą opowiastką, którą na tle innych książek wyróżniały jedynie aforystycznie brzmiące frazy, takie, które wspaniale nadawały się do powieszenia na korkowej tablicy, do wpisywania koleżankom do pamiętników czy też do własnego zeszyciku z pięknymi i ważnymi cytatami oraz mądrymi myślami wielkich ludzi (prowadziłam wówczas takowy). Ale okres zainteresowania aforyzmami minął, a Mały książę zupełnie zniknął z mojego radaru. Miałam do przeczytania tyle innych ciekawych powieści!
Potem nastał czas, kiedy atmosfera roztaczana wokół Małego księcia zaczęła mnie drażnić, a sama powiastka wydała mi się przepoetyzowana, egzaltowana i przesłodzona, a miejscami nudna. Stwierdziłam, że uznaje się ją za arcydzieło, którym nie jest i w ten sposób robi jej się krzywdę. Przecież – myślałam sobie – to jest po prostu niebrzydka i niegłupia książeczka, którą można lubić, ale daleko jej do epokowego dzieła i źródła wszelakiej mądrości, jakie chcą z niej zrobić niektórzy.
A potem właściwie zapomniałam o Małym księciu.
Aż do ostatniej jesieni, kiedy to zgłosiło się do mnie wydawnictwo Zielona Sowa z propozycją przekładu.
„Czy byłaby Pani zainteresowana przygotowaniem nowej wersji Małego księcia?” – pisała do mnie Pani Redaktor.
Zawahałam się przez chwilę („Przecież nawet niezbyt lubię tę książkę…!”), ale zaraz pomyślałam sobie, że bez względu na moje upodobania jest to niewątpliwie pozycja ważna, a dla wielu czytelników wręcz kultowa. W dodatku: pozycja klasyczna, niewątpliwie – prawdziwa literatura napisana przez uznanego autora, autora legendarnego. Piękny język, wysoka kultura, interesująca historia powstania, długa i bogata historia recepcji, wiele interpretacji. Jak często dostaje się TAKĄ propozycję?! Doszłam do wniosku, że na pewno ciekawie byłoby przetłumaczyć ten tekst na nowo oraz że musiałabym być niemądra, żeby nie podjąć tego wyzwania. Przekład książki, którą na język polski tłumaczono już ponad dwadzieścia razy! Czy w ogóle można to zrobić tak, żeby cokolwiek jeszcze tu wnieść? Ambicja w połączeniu z ciekawością i głodem nowych wyzwań zrobiły swoje. Nie minęło pięć minut, a już wiedziałam, że bardzo chcę się tym zająć.
W ten sposób spotkała mnie niezwykle piękna przygoda – bo tłumaczenie tej książki tym właśnie się dla mnie stało. Mały książę czytany w oryginale okazał się zupełnie innym tekstem niż ten, który znałam ze szkoły. I to bynajmniej nie dlatego, że znany mi przekład był niedobry i pewnie nawet nie dlatego, że teraz przeczytałam tę opowieść jako osoba dojrzała (choć i to z pewnością nie jest bez znaczenia). Po prostu po francusku całość brzmiała inaczej, melodia języka oryginału nadawała jej inny charakter. Cała historia stawała się lżejsza (choć jednocześnie niepozbawiona wagi), była pełna wdzięku, nostalgiczna i przepełniona delikatną czułością (to zdecydowanie nadużywane dziś słowo, którego mam przesyt, ale tutaj akurat nie sposób posłużyć się innym). Nagle zrozumiałam, że naprawdę jest mądra i piękna, a jej finał poruszył mnie silniej, niż mogłabym się spodziewać.
Po lekturze oryginału jeszcze bardziej zapragnęłam opowiedzieć tę książkę po polsku – zapragnęłam podjąć próbę oddania odkrytej w niej delikatności – bez niepotrzebnego uwzniaślania, bez egzaltacji, bez pretensjonalności, w które tak łatwo jest się osunąć, próbując przełożyć ten tekst. Bo największą siłą tej opowieści, siłą decydującą o nieśmiertelności tej książki, jest jej niepozorna forma, która przejawia się w niebywałej prostocie oraz powściągliwej uczuciowości (co bynajmniej nie kłóci się z bogatą symboliką oraz bogactwem metafor na różnych poziomach). Całkowita szczerość i autentyzm. Zrozumiałam, że jedynym sposobem, jaki może się sprawdzić przy tłumaczeniu tej historii jest niezłomne trwanie przy tej minimalistycznej wręcz prostocie. Bo to nie jest książka, która wymaga wyszukanych słów i figur, to jest książka, która przemawia tak, jak się mówi do kochanej osoby, ściszonym głosem, w chwili bliskości. I właśnie ta prostota – nic innego – stanowiła największe wyzwanie dla mnie jako tłumaczki. Wyzwanie najprzyjemniejsze z przyjemnych. Gimnastyka, łamigłówka, ciągłe dążenie do istoty rzeczy, wyszukiwanie najodpowiedniejszych słów, najbliższych oryginałowi znaczeń – i ciągła samokontrola, żeby nie przegadać, nie dać się ponieść, nie wyjść ani trochę ponad tę szlachetność, nie popaść w przesadę czy kicz. I ciągły głos w tyle głowy: zrobić to tak, żeby Antoine de Saint-Exupéry, gdyby tylko żył, znał polski i mógł przeczytać mój przekład, był zadowolony i rozpoznał w nim swoje dzieło.
Zrozumiałam też, że to nie jest po prostu książka dla dzieci, za jaką często uchodzi. To jest – jak każda dobra książka – tekst dla każdego, zawsze i wszędzie, ale w istocie nawet bardziej dla dorosłych… Co zresztą wynika z samej dedykacji, w której zwrot do dzieci jest, moim zdaniem, tylko celowym myleniem tropów. Bo przecież w rzeczywistości Mały książę zadedykowany jest dorosłemu.
Dzisiaj już mogę Wam zaprezentować okładkę do tego nowego, pięknego, albumowego wydania w zupełnie nowym przekładzie, który w moim zamyśle miał być zgodny nie tylko z literą, ale także z duchem tej uniwersalnej i ponadczasowej opowieści. Czy się udało – oceńcie sami.
Oto nowy Mały książę, w jubileuszowym dla niego roku – 80 lat od pierwszego wydania.
PREMIERA 13.11.2026
Ilustracje: Ola Krzanowska
Wydawnictwo Zielona Sowa