„Dusia. Duszyczka” w przedsprzedaży + specjalna wiadomość dla Trójmiasta!

Mili Czytelnicy,

zostały już tylko dwa tygodnie do premiery Dusi. Duszyczki – z tej okazji wydawnictwo BIS uruchomiło przedsprzedaż. Wszystkich niecierpliwych zapraszam TUTAJ. 🙂 I odliczamy dalej…

Mieszkańców Trójmiasta z kolei zachęcam do wizyty na Gdańskich Targach Książki (11-13.09.2026, Europejskie Centrum Solidarności), a dokładniej: na stoisku wydawnictwa BIS, tam bowiem Dusia po raz pierwszy pokaże światu swoje pastelowe oblicze – wyjątkowo, przepremierowo! – po czym schowa się znów aż do 24 września, do dnia oficjalnej premiery (chyba że ktoś skusi się na przedsprzedaż – patrz wyżej 😉 ).

„Mały książę”. Zapowiedź.

Dzisiaj będzie o książce, o której słyszeli wszyscy.

Będzie też długo. 😉

Małego księcia przeczytałam po raz pierwszy w szkole podstawowej, gdzie (oczywiście) był lekturą. Nie zrobił na mnie wtedy wielkiego wrażenia, wydał mi się dość zwykłą opowiastką, którą na tle innych książek wyróżniały jedynie aforystycznie brzmiące frazy, takie, które wspaniale nadawały się do powieszenia na korkowej tablicy, do wpisywania koleżankom do pamiętników czy też do własnego zeszyciku z pięknymi i ważnymi cytatami oraz mądrymi myślami wielkich ludzi (prowadziłam wówczas takowy). Ale okres zainteresowania aforyzmami minął, a Mały książę zupełnie zniknął z mojego radaru. Miałam do przeczytania tyle innych ciekawych powieści!

Potem nastał czas, kiedy atmosfera roztaczana wokół Małego księcia zaczęła mnie drażnić, a sama powiastka wydała mi się przepoetyzowana, egzaltowana i przesłodzona, a miejscami nudna. Stwierdziłam, że uznaje się ją za arcydzieło, którym nie jest i w ten sposób robi jej się krzywdę. Przecież – myślałam sobie – to jest po prostu niebrzydka i niegłupia książeczka, którą można lubić, ale daleko jej do epokowego dzieła i źródła wszelakiej mądrości, jakie chcą z niej zrobić niektórzy.

A potem właściwie zapomniałam o Małym księciu.

Aż do ostatniej jesieni, kiedy to zgłosiło się do mnie wydawnictwo Zielona Sowa z propozycją przekładu.

„Czy byłaby Pani zainteresowana przygotowaniem nowej wersji Małego księcia?” – pisała do mnie Pani Redaktor.

Zawahałam się przez chwilę („Przecież nawet niezbyt lubię tę książkę…!”), ale zaraz pomyślałam sobie, że bez względu na moje upodobania jest to niewątpliwie pozycja ważna, a dla wielu czytelników wręcz kultowa. W dodatku: pozycja klasyczna, niewątpliwie – prawdziwa literatura napisana przez uznanego autora, autora legendarnego. Piękny język, wysoka kultura, interesująca historia powstania, długa i bogata historia recepcji, wiele interpretacji. Jak często dostaje się TAKĄ propozycję?! Doszłam do wniosku, że na pewno ciekawie byłoby przetłumaczyć ten tekst na nowo oraz że musiałabym być niemądra, żeby nie podjąć tego wyzwania. Przekład książki, którą na język polski tłumaczono już ponad dwadzieścia razy! Czy w ogóle można to zrobić tak, żeby cokolwiek jeszcze tu wnieść? Ambicja w połączeniu z ciekawością i głodem nowych wyzwań zrobiły swoje. Nie minęło pięć minut, a już wiedziałam, że bardzo chcę się tym zająć.

W ten sposób spotkała mnie niezwykle piękna przygoda – bo tłumaczenie tej książki tym właśnie się dla mnie stało. Mały książę czytany w oryginale okazał się zupełnie innym tekstem niż ten, który znałam ze szkoły. I to bynajmniej nie dlatego, że znany mi przekład był niedobry i pewnie nawet nie dlatego, że teraz przeczytałam tę opowieść jako osoba dojrzała (choć i to z pewnością nie jest bez znaczenia). Po prostu po francusku całość brzmiała inaczej, melodia języka oryginału nadawała jej inny charakter. Cała historia stawała się lżejsza (choć jednocześnie niepozbawiona wagi), była pełna wdzięku, nostalgiczna i przepełniona delikatną czułością (to zdecydowanie nadużywane dziś słowo, którego mam przesyt, ale tutaj akurat nie sposób posłużyć się innym). Nagle zrozumiałam, że naprawdę jest mądra i piękna, a jej finał poruszył mnie silniej, niż mogłabym się spodziewać.

Po lekturze oryginału jeszcze bardziej zapragnęłam opowiedzieć tę książkę po polsku – zapragnęłam podjąć próbę oddania odkrytej w niej delikatności – bez niepotrzebnego uwzniaślania, bez egzaltacji, bez pretensjonalności, w które tak łatwo jest się osunąć, próbując przełożyć ten tekst. Bo największą siłą tej opowieści, siłą decydującą o nieśmiertelności tej książki, jest jej niepozorna forma, która przejawia się w niebywałej prostocie oraz powściągliwej uczuciowości (co bynajmniej nie kłóci się z bogatą symboliką oraz bogactwem metafor na różnych poziomach). Całkowita szczerość i autentyzm. Zrozumiałam, że jedynym sposobem, jaki może się sprawdzić przy tłumaczeniu tej historii jest niezłomne trwanie przy tej minimalistycznej wręcz prostocie. Bo to nie jest książka, która wymaga wyszukanych słów i figur, to jest książka, która przemawia tak, jak się mówi do kochanej osoby, ściszonym głosem, w chwili bliskości. I właśnie ta prostota – nic innego – stanowiła największe wyzwanie dla mnie jako tłumaczki. Wyzwanie najprzyjemniejsze z przyjemnych. Gimnastyka, łamigłówka, ciągłe dążenie do istoty rzeczy, wyszukiwanie najodpowiedniejszych słów, najbliższych oryginałowi znaczeń – i ciągła samokontrola, żeby nie przegadać, nie dać się ponieść, nie wyjść ani trochę ponad tę szlachetność, nie popaść w przesadę czy kicz. I ciągły głos w tyle głowy: zrobić to tak, żeby Antoine de Saint-Exupéry, gdyby tylko żył, znał polski i mógł przeczytać mój przekład, był zadowolony i rozpoznał w nim swoje dzieło.

Zrozumiałam też, że to nie jest po prostu książka dla dzieci, za jaką często uchodzi. To jest – jak każda dobra książka – tekst dla każdego, zawsze i wszędzie, ale w istocie nawet bardziej dla dorosłych… Co zresztą wynika z samej dedykacji, w której zwrot do dzieci jest, moim zdaniem, tylko celowym myleniem tropów. Bo przecież w rzeczywistości Mały książę zadedykowany jest dorosłemu.

Dzisiaj już mogę Wam zaprezentować okładkę do tego nowego, pięknego, albumowego wydania w zupełnie nowym przekładzie, który w moim zamyśle miał być zgodny nie tylko z literą, ale także z duchem tej uniwersalnej i ponadczasowej opowieści. Czy się udało – oceńcie sami.

Oto nowy Mały książę, w jubileuszowym dla niego roku – 80 lat od pierwszego wydania.

PREMIERA 13.11.2026

Ilustracje: Ola Krzanowska

Wydawnictwo Zielona Sowa

Jest data premiery!

Od dzisiaj za miesiąc! 😀

.

Po sierpniowej burzy w okolicy Niewietrzyc pojawia się dziwna dziewczynka: Dusia. Duszyczka.

Trudno powiedzieć, dlaczego Dusia wydaje się istotką trochę nie z tej ziemi, ale jedno jest pewne: jej niespodziewana wizyta stanie się powiewem świeżości w życiu mieszkańców miasteczka i pozwoli każdemu z nich zmierzyć się z własnymi troskami.

Dusia bowiem potrafi rozmawiać i słuchać, przede wszystkim jednak – ma do dyspozycji domek, który wbrew pozorom wcale nie jest zwykłą opuszczoną ruderką.

Ośmioletnia Eliza, jej rodzice i dwaj starsi bracia, ciocia-babcia, stary listonosz i włóczęga – to, poza Dusią, główni bohaterowie tej zwykłej-niezwykłej historii, w której każdy znajduje drogę do rozwiązania swoich kłopotów, ale też, co ważniejsze – do poznania i zrozumienia samego siebie i innych.

Dusia. Duszyczka to pełna ciepła, refleksyjna – choć niepozbawiona dramatycznych zwrotów akcji – opowieść o ludziach i uczuciach, a także o tym, jak ważną rzeczą jest dzielnie stawiać czoła przeciwnościom losu, które są nieodłączną częścią życia każdego z nas.

Doskonała lektura dla czytelników od ośmiu lat wzwyż – i dla całej rodziny!

Więcej o książce: TUTAJ.

A TUTAJ można przeczytać fragment!

Zapowiedź! „Dusia. Duszyczka” nadchodzi!

Mili Czytelnicy!

Oto zapowiedź!

Cieszę się bardzo, że przed samymi wakacjami mogę Was powiadomić, iż moja nowa powieść, Dusia. Duszyczka, ukaże się wkrótce po Waszym powrocie z tychże wakacji. To znaczy: jesienią. Mam nadzieję, że na nią czekacie (na powieść, nie na jesień)! Albo dopiero będziecie czekali. 😉 No i, oczywiście – że się Wam spodoba!

Książka ukaże się nakładem Wydawnictwa BIS, a autorką okładki jest wspaniała Marta Rydz-Domańska.

Po bliższe szczegóły wróćcie po solidnym letnim wypoczynku! 😀

„Lapis” powraca!

Zastanawiałam się, czy czekać z tą wiadomością do 6 grudnia i zrobić Wam mikołajkową niespodziankę, ale chyba jednak nie wytrzymam i podzielę się nią z Wami już dzisiaj. 🙂

Niedługo, bo zaraz po Nowym Roku, już w lutym 2026, nakładem Wydawnictwa BIS ukaże się wznowienie Lapis. Pytacie ciągle o tę książkę, a i ja chciałabym, żeby mogła znajdować nowych czytelników – więc będzie, będzie! Ogromnie mnie to cieszy. 😀

Ale o tym, że planowane jest wznowienie, pisałam już wcześniej, więc to nie nowina (tyle że tym razem znamy już przybliżoną datę premiery!).

Prawdziwą niespodzianką natomiast jest nowa okładka tej powieści, zaprojektowana przez wspaniałą i wszechstronną graficzkę, Martę Rydz-Domańską. Popatrzcie tylko! Jeśli znacie książkę, docenicie wszystkie niuanse i symbolikę tego projektu. Ja jestem zachwycona i mam nadzieję, że nowa odsłona Lapis spodoba się i Wam!

O pięknej książce pod choinkę

Dziś mam dla Was miłą niespodziankę! 🙂

W jesiennych zapowiedziach Wydawnictwa Literackiego pojawiła się właśnie piękna bożonarodzeniowa książka Katherine Paterson, autorki, której chyba nikomu przedstawiać nie trzeba, a ja miałam wielką przyjemność przetłumaczyć ją dla Was.

Tej nocy przyszedłeś na świat jest niezwykle subtelną i zarazem emocjonalną opowieścią o pierwszych chwilach macierzyństwa – i to bardzo szczególnego, bo książka mówi o narodzinach Jezusa. Myślę, że każda matka odnajdzie w niej znane sobie uczucia i myśli, najmłodsi czytelnicy zaś spojrzą na Dzieciątko i tajemnicę tych wydarzeń od innej niż dotąd strony, z perspektywy Maryi. Dodajmy do tego urzekające, pełne rozmachu, a jednak kameralne w nastroju ilustracje Lisy Aisato – i oto mamy idealną książkę do wspólnego rodzinnego czytania pod choinką: pełną miłości, ciepła i zadumy nad niezwykłością – a zarazem zwyczajnością – tego, co wydarzyło się w betlejemskiej stajence ponad dwa tysiące lat temu i co pozostaje aktualne do dziś. To opowieść, która trafi do każdego serca.

A ja ogromnie się cieszę, że miałam możliwość przetłumaczyć ją na język polski! 🙂

Premiera: 12.11.2025.

„Lapis” powraca!

Przychodzę dziś do Was z dobrą wiadomością!

Ale najpierw – krótki wstęp.

Nieprzypadkowo ten post ukazuje się właśnie w tym tygodniu, pomiędzy Dniem Konserwatora Zabytków (11.08) a Międzynarodowym Dniem Latarni Morskich (16.08), będzie to bowiem wpis poświęcony mojej powieści, która traktuje – między innymi – właśnie o latarni morskiej oraz o konserwatorze zabytków i malarzu fresków w jednej osobie (a także o wielu innych miejscach i postaciach).

Moja Mama MM twierdzi, że ze wszystkich moich książek najbardziej lubi Lapis. Niedługo po premierze tej książki (miała miejsce w maju 2021) dostałam od Mamy wspaniały, wyjątkowy prezent: przepiękną, nastrojową ilustrację, portret tytułowego miasta. Zachwyciła mnie ona, bo przedstawia Lapis takie, jakie je sobie wyobraziłam: bajkowe i jasne – ale zarazem pełne cienistych zaułków, trochę niepokojące, wyraźnie skrywające pod świetlistą powierzchnią mroczne tajemnice. Otoczone murami, wznoszące ku niebu liczne smukłe wieże; miasto piękne, ale nieco groźne. Podobnie jak w powieści, Lapis na ilustracji Mamy określają dwa przeciwstawne pierwiastki: światło i ciemność. Miasto jest wyraziste, można zobaczyć każdą jego wieżyczkę – ale w całości kryje się też niedopowiedzenie. Jest w tym obrazku coś urzekająco hipnotycznego, co każe wpatrywać się w niego bez końca. Lapis na nim przemawia do odbiorcy, zaprasza, intryguje, ale jednocześnie niepokoi.

Ilustracja wisi na ścianie mojej pracowienki, wraz z kilkoma innymi pięknymi rysunkami/malunkami różnych artystów. Kiedy pracuję nad nową książką, mój wzrok niejednokrotnie wędruje ku tej ścianie, a jej widok zawsze działa na mnie kojąco i twórczo.

Trochę żal mi jednak było, że nikt oprócz mnie i moich bliskich nie poznał nigdy portretu miasta Lapis, który aż kipi tajemnicą i nastrojem i tak trafnie oddaje ducha książki. Dlatego też pomyślałam, że warto pokazać tę ilustrację światu – a nie będzie chyba lepszej okazji niż ta, z którą dziś do Was przychodzę.

Od dawna dostaję pytania o to, dlaczego Lapis jest niedostępny, kiedy znów będzie w księgarniach, gdzie można (lub można będzie) kupić tę książkę. Od dłuższego czasu jej nakład był wyczerpany, co dla wielu z Was stanowiło kłopot, bo, jak wiem, poszukujecie Lapis także dlatego, że bywa lekturą w olimpiadach języka polskiego i rozmaitych innych konkursach, powieść ta bywa też wybierana przez nauczycieli na lekturę w szkołach podstawowych. Zatem: koniec zmartwienia! Z wielką radością ogłaszam, że wznowienie Lapis ukaże się już niebawem, w ciągu najbliższego roku. O tę nową edycję zadba doskonałe wydawnictwo BIS, a wybrany przez nie artysta/artystka stworzy także zupełnie nową okładkę. 🙂

Bliższe szczegóły będę zdradzała na bieżąco, w miarę jak będziemy je ustalać z wydawnictwem – i bardzo się cieszę, że książka znów stanie się dostępna i trafi do nowych czytelników, a ci, którzy poszukują jej od dawna, teraz bez kłopotu znajdą ją w księgarniach.

Nie wyłączajcie więc odbiorników 😉 – i śledźcie wszystkie informacje.

Zapowiedź na wiosnę!

Mili Czytelnicy, z wielką radością chcę Was powiadomić, że już w maju ukaże się moja kolejna powieść! Będzie nosiła tytuł Szkatułka. Muzyka spoza czasu i powinna zadowolić wszystkich, którym podobały się Kwadrans oraz Haczyk. Mam nadzieję, że polubicie jej bohaterów, Wojtka z 2024 i Halinkę z 1942 roku i że ich niezwykła przygoda z tytułową szkatułką dostarczy Wam wielu emocji a może i dreszczyku niepokoju… 😉

Więcej szczegółów wkrótce, tymczasem przedstawiam Wam piękną okładkę autorstwa pani Marty Rydz-Domańskiej. I zaczynam odliczanie! 🙂