Lokomotywa

Otóż i miłe wejście w nowy rok!

Wystartowała Lokomotywa!

Na liście nominacji w tym wyjątkowym plebiscycie znalazły się aż dwie książki, w których powstaniu maczałam ręce (jednakże nie bez udziału głowy!):

  • O kolędach. Gawęda – w kategorii Od A do Z

.

  • Była raz starsza pani Abnera Graboffa w moim tłumaczeniu – w kategorii Przekład

Obie pozycje opublikowało Wydawnictwo Kropka.

.

Dziękuję Lokomotywie za miłe wyróżnienie, które bardzo cieszy!

Czytelnicy mogą głosować na wybrane tytuły do 31 stycznia, do czego zachęcam, bo warto wspierać dobre książki. A wśród nominacji (jest ich aż 60, pogrupowanych w 6 kategoriach) znajdziecie takich mnóstwo!

Głosować można TUTAJ.

Rok 2020 – może nie taki zły…

Nareszcie! Dziwny rok 2020 dobiega końca – czas więc na podsumowanie.

Dla mnie jest ono znaczące dlatego, że to więcej niż podsumowanie minionych dwunastu miesięcy, które, nawiasem mówiąc, okazały się (wbrew sytuacji zewnętrznej) dobre, ważne i owocne. To także podsumowanie minionej dekady, a nawet – piętnastu lat.

Najpierw jednak – 2020 był rokiem publikacji nowych książek: dwóch własnych (Przepowiednia, O kolędach. Gawęda), również własnej baśni (O rybaku, który szukał księżyca; tekst trafił do antologii Kociołek opowieści) – i jednej książki stworzonej we współautorstwie z Mamą MM (Na Jowisza! Uzupełniam Jeżycjadę).

Był to również rok wydania nowych przekładów (Nierozłączki. I jak tu być grzeczną?, Nierozłączki. Skazane na balet, Była raz starsza pani, Co potrafią koty?), rok nowych pomysłów – ale też istotnych zmian i decyzji.

Zatem – rok ważny pod każdym względem!

Jakby tego było mało, w marcu 2020 obchodziłam jubileusz pracy twórczej 🙂 Wtedy właśnie minęło równe 10 lat od mojego literackiego debiutu! To w marcu 2010 bowiem ukazało się pierwsze wydanie Srebrnego dzwoneczka.

Od tego czasu napisałam dwanaście książek (w tym jedną, wspomnianą wyżej, razem z Mamą MM) oraz mniejsze teksty zamieszczone w dwóch antologiach: Sylaboratorium i Kociołek opowieści.

Nadchodzący rok przynosi kolejny jubileusz – w 2021 minie 15 lat od mojego pierwszego wydanego przekładu (niewydanych było więcej – tłumaczyłam bowiem już dużo wcześniej, na domowe i własne potrzeby…).

Do dzisiaj ukazało się czterdzieści jeden przełożonych przeze mnie tytułów. Tłumaczyłam utwory współczesne – ale i klasykę literatury. Znalazły się tu zarówno wielotomowe i wielostronicowe powieści, jak i małe powiastki oraz serie dla młodszych czytelników, a ostatnio także – wierszyki dla tych całkiem niedużych.

To oczywiście nie koniec!

Jesienią skończyłam pisać nową powieść dla młodych czytelników. Tekst jest już po redakcji i zdaje się, że właśnie powoli powstają do niego ilustracje i okładka…!

Książka ukaże się w 2021 roku.

Skończyłam też kolejne pięć przekładów – one również zostaną wydane w najbliższych miesiącach.

Styczeń leży więc przede mną jak nowy, czysty zeszyt, który tylko czeka na zapisanie. Wszystkie stare projekty zamknęłam przed końcem roku i teraz mogę się wziąć za zupełnie nowe! A jest ich niemało.

Na początek, 1 stycznia, zasiadam do pracy nad następną książką. I zaczynam kolejny pracowity sezon!

A co on przyniesie i jak będzie wyglądało jego podsumowanie? To się jeszcze zobaczy 😉

W każdym razie teraz, po dziesięciu (i zarazem niemal piętnastu) latach pracy, mogę powiedzieć z czystym sumieniem: czuję, że dokonałam dobrego wyboru. Lubię to, co robię, lubię pisać (i tłumaczyć) dla Was! Lubię kontakt z Wami, Czytelnikami, cieszy mnie, że jest Was coraz więcej, cieszy mnie Wasz żywy i stały odzew i to, że chcecie, bym pisała dalej. I będę pisała, bo pomysłów mam na co najmniej najbliższe dziesięć lat!

Czuję się spełniona i szczęśliwa – choć wciąż chcę sięgać, gdzie wzrok nie sięga, doskonalić się i stawiać czoła nowym wyzwaniom. Wiem, że tak naprawdę ta miniona dekada to dopiero początek – dużo pracy jeszcze przede mną!

A na sam koniec – najważniejsze:

dziękuję Wam, Czytelnicy, że jesteście – bo bez Was przecież wszystko to nie miałoby żadnego sensu!

dziękuję moim Wydawcom, za sprawą których wszystkie książki i przekłady spływające z mojego biurka mogą trafić w ręce czytelników;

dziękuję Bibliotekarzom i Nauczycielom – tym, których spotkałam na swojej drodze i tym, których nie miałam jeszcze przyjemności poznać; wszystkim, których wsparcie niejednokrotnie czuję i którzy dbają o to, żeby Dzieci chciały, lubiły i miały potrzebę czytać książki!

dziękuję moim Bliskim – poza milionem innych spraw, zupełnie niezwiązanych z pracą, także za: wyrozumiałość i kibicowanie; za to, że utwierdzają mnie w ważnych decyzjach, udzielają cennych rad, dodają otuchy w chwilach zwątpienia, wyręczają w domowych obowiązkach, kiedy termin oddania tekstu lub tzw. natchnienie przykuwa mnie do biurka i cierpliwie wołają na kolację, kiedy w amoku, z niemal niewidzącymi już oczami i strzykającym kręgosłupem, siedzę dwunastą godzinę przed monitorem 😉

DZIĘKUJĘ Wam wszystkim! I mam nadzieję, że jeszcze wiele wspaniałych, wspólnych książkowych przygód przed nami!

MacDonald powraca

Spójrzcie, co mi przyniósł listonosz!

Oto audiobook Lekkiej księżniczki i innych baśni George’a MacDonalda w moim przekładzie, prosto z Wydawnictwa „W drodze”! Jeśli więc wolicie posłuchać baśni na dobranoc, niż je czytać – teraz już możecie 🙂

Przy okazji chcę podziękować Czytelnikom, którzy odwiedzili mnie na Warszawskich Targach Książki!

Dziękuję za wszystkie miłe spotkania, za wszystkie miłe słowa, za Waszą obecność, jakże inspirującą

Mam nadzieję, że za rok spotkamy się znów i że znów będzie Was więcej – ogromnie lubię poznawać Czytelników osobiście!

Uściski!

Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci

Dziś Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci – czytajmy więc wszyscy naszym Dzieciom i z naszymi Dziećmi, jak najwięcej! Niech zresztą każdy dzień będzie Dniem Książki dla Dzieci.

Świętujmy i my, drodzy Twórcy Książek dla Dzieci! I twórzmy jak najwięcej i jak najlepiej, żeby Dzieci zawsze miały co czytać.

Drodzy Wydawcy Książek dla Dzieci – oby nigdy nie zabrakło Wam pięknych i mądrych tekstów!

A ponieważ dzisiejszy dzień doskonale się do tego nadaje, przedstawiam wszystkim mój nowy przekład: to „Nierozłączki” Annie Barrows.

Pierwsze dwa tomy zabawnych przygód Lilki i Pestki, przyjaciółek, które początkowo wcale nie zamierzały się polubić, ukażą się w maju, nakładem wydawnictwa Egmont.

Lekka księżniczka i inne wiadomości

Przed chwilą doręczono mi przesyłkę!

A w kopercie: George MacDonald, „Lekka księżniczka i inne baśnie” (Wydawnictwo W drodze) – te właśnie baśnie, które z taką przyjemnością tłumaczyłam całkiem niedawno.

Cieszę się z tej książki prawie tak, jak z własnej – a to dlatego, że włożyłam w ten przekład naprawdę sporo serca.

Oto ona, w całej okazałości:

Ciekawe, czy spodoba się Wam tak bardzo, jak mnie 🙂

A skoro już jesteśmy przy temacie… 😉

Chciałabym wstępnie zapowiedzieć coś, o co pytacie, ale na co jednak trzeba będzie nieco poczekać.

Na poniższym zdjęciu (które część z Was może już znać stąd) widać komputeropis mojej nowej książki, nietypowej i niespodziankowej (choć tego akurat na zdjęciu nie zobaczycie 😉 ). Od dwóch tygodni spoczywa on na biurku Wydawcy – ale gotowa książka trafi do Waszych rąk najpewniej dopiero w październiku 2018. Będzie za to bardzo piękna graficznie (i, mam nadzieję, nie tylko!).

Wiem, mnożę, mnożę tajemnice, ale wiecie przecież, że wszystkie zdradzę Wam w stosownym czasie.

No, ale skoro już wyznaję to i owo, to powiem jeszcze, że niebawem finiszuję z kolejną książką, również własną. Będzie to baśń (czyli to, co lubię najbardziej), trochę inna niż dotąd, trochę taka sama jak zawsze, barwna i pełna przedziwnych wydarzeń. Napomykałam o niej już jakiś czas temu – teraz przyszedł czas na ostatnie szlify.

Parę niespodzianek mam jeszcze dla Was w zanadrzu, ale żeby nie wygadać wszystkiego za jednym zamachem, na tym dziś skończę.

Strzeżcie się! 😉

Kolejna niespodzianka – ze Szkocją w tle

George MacDonald nie jest pisarzem dobrze znanym w Polsce, choć o jego zasięgu i sile oddziaływania powinno świadczyć chociażby to, że za swojego mistrza uważali go tacy pisarze jak J.R.R. Tolkien, C.S.Lewis czy G.K. Chesterton. Gdyby nie MacDonald, być może Lewis Carroll nigdy nie wysłałby do wydawcy „Alicji w Krainie Czarów”. C.S. Lewis, autor m.in. “Opowieści z Narnii” pisał wręcz: “Nigdy nie ukrywałem, że uważam go za swojego mistrza; w rzeczy samej, wydaje mi się, że nigdy nie napisałem książki, w której bym go nie cytował”.

.
Kim więc był ów George MacDonald, zwany „ojcem fantastyki”, autor ponad pięćdziesięciu książek, który zainspirował tak wielu innych świetnych pisarzy? (Zwróćcie uwagę na jego niezwykłe, świetliste oczy!)

W Polsce znane są do tej pory nieliczne dzieła MacDonalda, głównie te dla dzieci („Królewna i goblin”, znana też pod tytułem: „Księżniczka i koboldy”, jej dalszy ciąg „Królewna i Curdie”, „Na skrzydłach Północnej Wichury”, baśń „Złoty klucz” [pojawiła się w antologii „Wielka księga fantasy”] – i powieść dla dorosłych „Tajemnica sir Wiltona”) – jednak już wkrótce ta lista nieco się powiększy! Ale o tym za chwilę.

.
George MacDonald, szkocki pisarz, poeta i duchowny, pochodził ze starego klanu MacDonaldów z Glen Coe. Urodził się w 1824 roku w Huntly w hrabstwie Aberdeenshire, jako syn rolnika George’a MacDonalda i Helen z domu MacKay.

„Farma Huntly, na której George MacDonald spędził dzieciństwo”

Związki rodziny George’a MacDonalda juniora z literaturą były silne i dość znaczące: jeden z jego wujów był wybitnym uczonym, badaczem kultury celtyckiej oraz kolekcjonerem baśni i celtyckiej poezji. Dziadek ze strony ojca wsparł edycję „Pieśni Osjana” – kontrowersyjnego dzieła, które wywarło silny wpływ na europejski romantyzm. Przyrodni wuj MacDonalda był badaczem Szekspira, a jego kuzyn ze strony ojca – kolejnym naukowcem, zajmującym się kulturą Celtów. Oboje rodzice byli zapalonymi czytelnikami, matka znała też kilka języków.

.
MacDonald podstawowe wykształcenie zdobył w wiejskiej szkole, gdzie najchętniej czytano celtyckie mity i Stary Testament (nie dziwi więc, że wyobraźnia i zainteresowania chłopca obrały później taki a nie inny kierunek), a następnie, ukończywszy nauki na Aberdeen University, wyjechał do Londynu, gdzie kształcił się na duchownego w Highbury College (był kalwinistą).

.
W 1850 roku objął parafię w Kościele Świętej Trójcy w Arundel, ale po trzech latach zrezygnował (czy też – został zwolniony) z tej funkcji, ponieważ jego kazania uznano za zbyt odbiegające od dogmatu; niektórzy wręcz zarzucali mu herezję.

.
W 1851 ożenił się z Louisą Powell, z którą miał później jedenaścioro dzieci (przeżył czworo z nich).

Po opuszczeniu parafii w Arundel zaangażował się na krótko w działalność duszpasterską w Manchesterze, musiał jednak opuścić to miasto ze względów zdrowotnych. Osiadł w Londynie, gdzie przez jakiś czas prowadził wykłady na University of London. Nigdy już nie objął żadnej parafii, ale nauczał, głosił kazania i przede wszystkim – pisał, pisał i pisał. (Poniżej zamieszczam kilka pięknych okładek i stron tytułowych znalezionych w internecie – nie mogłam się pohamować!)

.
Debiutem George’a MacDonalda był przekład poezji Novalisa (wydrukowany prywatnie w 1851) – zresztą wpływy tej poezji można zauważyć w książkach szkockiego pisarza – ale pierwszym znaczącym dziełem w jego dorobku jest powieść fantastyczna „Phantastes”, wydana w 1858 roku. C.S. Lewis przeczytał ją po raz pierwszy jako szesnastolatek, a wspominając to, pisał później: „Tego wieczoru moja wyobraźnia w pewnym sensie została ochrzczona”.

.
George MacDonald przyjaźnił się z Lewisem Carrollem, który uważał go za swojego mentora. To MacDonald był pierwszym czytelnikiem rękopisu „Alicji w Krainie Czarów” i jego zachęta oraz entuzjastyczny odbiór książki przez jego dzieci przekonały autora „Alicji…”, by wysłał tekst do wydawcy. Jako zapalony fotograf, Carroll zrobił sporo zdjęć rodzinie MacDonaldów przy okazji licznych wizyt w ich domostwie:

George MacDonald z córką Mary Josephine i synem Ronaldem, fot. Lewis Carroll

Irene i Mary Josephine MacDonald z przyjaciółką, Florą Rankin (pośrodku – bardzo intrygująca dziewczynka, prawda? Szukałam informacji, co się z nią potem stało, ale niestety nic nie znalazłam.), fot. Lewis Carroll

.

Rodzina MacDonaldów z Lewisem Carrollem

W 1872 MacDonald został zaproszony na serię odczytów do Stanów Zjednoczonych, gdzie poznał wielu kolegów po piórze, m.in. Ralpha Waldo Emersona, Henry’ego Wadswortha Longfellowa i Marka Twaina (ten ostatni podobno z początku czuł niechęć do szkockiego gościa, ostatecznie jednak chyba się polubili).

Ze względu na zły stan zdrowia w 1881 roku MacDonald przeniósł się do Włoch i zamieszkał w miejscowości Bordighera, w domu nazwanym „Casa Coraggio”. Louisa MacDonald, bardzo sprawna pianistka, grywała na organach w pobliskim kościele katolickim i często wraz z mężem organizowała koncerty oraz amatorskie przedstawienia w swoim domu. Pisywała sztuki sceniczne, potrafiła szyć – szyła więc także kostiumy. Po śmierci brata, George’a Powella, odziedziczyła po nim instrument – wspaniałe organy, zbudowane przez angielskiego przedsiębiorcę W.G. Trice’a w jego genueńskiej fabryce. Organy zostały zamontowane w salonie w Casa Coraggio. Cóż to musiały być za niezwykłe domowe koncerty!

Louisa i George w dniu 50. rocznicy ślubu

Louisa zmarła w 1903 roku, a mąż dołączył do niej w trzy lata później –zakończył życie w Ashtead w hrabstwie Surrey w Anglii. Spoczął obok swojej żony na cmentarzu w Bordigherze.

W sporym skrócie przybliżyłam Wam tę fascynującą postać i nieprzeciętną osobowość (choć, niestety, nie napisałam wiele o twórczości MacDonalda! – większość jej, ta nietłumaczona dotąd na język polski, jest mi wciąż jeszcze nieznana, ale już się zaopatrzyłam w to i owo i czekam na przesyłkę!), żeby teraz powrócić do wątku, który musnęłam na początku tego wpisu.

.
Jak wspomniałam, lista przekładów MacDonalda na język polski wkrótce się powiększy, ponieważ już niebawem, w listopadzie, nakładem Wydawnictwa W Drodze ukażą się jego trzy przepiękne baśnie w moim tłumaczeniu.

.
Co wierniejsi Czytelnicy, zaglądający na tę stronę, przypominają sobie być może TAJEMNICZY BAŚNIOWY PRZEKŁAD, który zapowiadałam.

„Lekka księżniczka i inne baśnie” – tak będzie się nazywał ten niewielki zbiorek (146 stron), w którym, oprócz utworu wymienionego w tytule, znajdą się jeszcze „Złoty klucz” i „Serce olbrzyma”.

„Lekka księżniczka” jest cudownie dowcipna, bardzo brytyjska (w najlepszym znaczeniu tego słowa) i miejscami wzruszająca; mistyczny „Złoty klucz” to z kolei tekst niezwykły i poruszający do głębi – pozostawia czytelnika w osłupieniu, zadziwieniu, z sercem w gardle i setką pytań w głowie. „Serce olbrzyma” zaś to baśń może najbardziej „zwyczajna” z tych trzech, ale też ma swoje czarodziejskie, piękne, poetyckie momenty i z pewnością znajdzie wielbicieli.

.
Przyznam się Wam, że była to dla mnie zachwycająca, nieprawdopodobnie przyjemna praca, a zarazem wielkie wyzwanie i spora odpowiedzialność. Mam nadzieję, że zdołałam oddać ducha oryginału i że udało mi się opowiedzieć Wam te fantastyczne teksty po polsku możliwie jak najlepiej, nie ujmując im tego, co w nich najpiękniejsze.

.
Powolutku, jak widzicie, ujawniam kolejne zapowiadane w styczniu niespodzianki. I chociaż myślałam, że więcej ich odsłonię Wam jeszcze w tym roku, wszystko wskazuje na to, że uda mi się to zrobić dopiero w nadchodzącym 2018 (za to może będzie ich więcej naraz…?). Ale mam nadzieję, że ucieszą Was mimo pewnego poślizgu – cóż począć, życie czasami każe nam zwolnić, podrzucając rozmaite własne niespodzianki i przeszkody.

.
Ale na moim biurku przez cały czas dużo się dzieje! Zaglądajcie tu, będę Wam systematycznie zdradzała coraz więcej… 🙂

Źródła informacji o George’u MacDonaldzie:

george-macdonald.com

www.online-literature.com

www.christianitytoday.com

Wikipedia

Robótka czeka…

Dobry wieczór! (Bo przecież tu zawsze jest wieczór 😉 )

Jeszcze raz chcę podziękować wszystkim Przemiłym Osobom, które odwiedziły mnie w sobotę na targowym stoisku w Warszawie!

To naprawdę niezwykle miłe, widzieć Was – i tych znajomych, i tych zupełnie dotąd nieznajomych. Wspaniale jest z Wami rozmawiać i poznawać Was choć odrobinę. Cieszę się, że mam taką możliwość! 🙂

Ale targi minęły i trzeba wracać do rzeczywistości, co czynię z wielkim zapałem, bo czeka na mnie dużo przyjemnej pracy.

Przy tej okazji przedstawiam Wam moje biurko, tak jak się ono dzisiaj prezentuje.

Teczka po lewej, zielona, skrywa przekład trzech pięknych baśni, właśnie przeze mnie zakończony.

Cztery teczki po prawej to praca, która czeka na mnie w kolejce… Jedna teczka – z moim tekstem, druga z przekładem, trzecia z moim tekstem (w formie, hm, notatek), czwarta z przekładem…

Będzie się na tym biurku dużo działo w najbliższych miesiącach! To na pewno mogę powiedzieć! I niezmiernie mnie to cieszy!

Trzymajcie, proszę, kciuki, a ja swoją drogą – dam z siebie wszystko 😀

Przesyłam Wam ciepłe majowe pozdrowienia – do następnego razu!

A wiosną…

A wiosną, a wiosną stosy kartek rosną – pisze się jedno i (w perspektywie) drugie, tłumaczy się trzecie i zaraz potem czwarte, czasu wprost człowiekowi nie starcza, co jest uczuciem niezwykle przyjemnym, zwłaszcza kiedy się wie, że wszystkie teksty, które teraz zapełniają po brzegi moje biurko i (nie po brzegi) mój komputer, z czasem przeobrażą się z brudnopisowych poczwarek w  książkowe motyle. Juhuu!

W tej chwili na warsztacie mam przekład: niezwykłą baśń, jedną z trzech. Ciekawe wyzwanie i satysfakcjonująca praca. Przy okazji dokonałam też kilku interesujących i zaskakujących – przynajmniej dla mnie 😉 – spostrzeżeń, o czym może kiedy indziej. W każdym razie: będzie z tego piękna książka! Szczegóły w swoim czasie, a na razie tylko zdjęcie… 😉

Ponadto przesyłam Wam wiosenne pozdrowienia – wszystkie cebulki, posadzone jesienią, wykiełkowały i zakwitły, dzięki czemu mam teraz przy domu zagonik szafirków i tulipanów. Co więcej: brzozy po drugiej stronie ulicy już mają czym szumieć!

Słyszę co prawda, że gdzieniegdzie wiosna ociąga się nieco – ale nawet jeśli gdzieś jest chwilowo biało, to przecież pod tą bielą jest już zielono! 🙂 I to jest krzepiąca myśl!

Uściski dla tych, którym świeci słońce i jeszcze mocniejsze dla tych, u których pochmurno albo i śnieży!

Maleńki jubileusz translatorski ;)

Właśnie przed chwilą, stawiając na półce kolejną, świeżutko wydaną książkę, którą przetłumaczyłam na polski, uświadomiłam sobie, że to dokładnie trzydziesty tytuł przełożony przeze mnie z angielskiego! Z okazji tego minijubileuszu – foteczka 😉

Mogę też Wam zdradzić, że wśród moich licznych tegorocznych tajemnych planów (z których część ujawni się dopiero w przyszłym roku) znajduje się również kolejny przekład, dla poznańskiego wydawnictwa: będą to trzy baśnie napisane przez brytyjskiego klasyka, niewydane dotąd po polsku – rzecz wielce przyjemna! 🙂

Zaglądajcie tu, jeśli jesteście ciekawi – o wszystkim będę Was systematycznie informowała 🙂

Tymczasem przesyłam Wam uściski i oddalam się do pracy… 🙂

Zza biurka

Ha, więc powoli lato dobiega końca! Powoli, bo jednak liście są jeszcze (w większości) zielone, ale już inne jest słońce i inne powietrze, nastały chłodne wieczory i świerszcze grają jakby głośniej. Lubię!

Przyznam się Wam, na tej końcówce wakacji, że dawno nie miałam tyle roboty, co ostatnio – ale to też lubię!

Głowę mam pełną bohaterów „Haczyka” oraz ich przygód – moje myśli przypominają w tej chwili bardzo ściśle plecioną makatkę z kilkoma luźnymi wątkami. Co się z tego ostatecznie wysnuje – zobaczymy, sama jestem ciekawa, dokąd mnie zaprowadzą moje nowe postaci. 🙂

Oprócz tego jednak, że myślę o nich, robię notatki i zapisuję na komputerze coraz to kolejne strony, szykuję się też na wznowienie „Srebrnego dzwoneczka”. Zapowiada się śliczny tomik! Nie mogę się nacieszyć 🙂 W związku z nowym wydaniem trzeba jednak wprowadzić trochę zmian – więc w przerwach między pisaniem „Haczyka” a ostatnimi szlifami w kończonym przeze mnie właśnie przekładzie (o tym za chwilę) dopasowuję dawne dzwoneczkowe ilustracje do nowego formatu. O, takie będą, duże, od brzegu do brzegu (błękitne linie wyznaczają krawędzie książki):

WP_20150818_001
WP_20150818_002

A skoro już o tym mowa: trafiłam ostatnio na niezwykle miłą recenzję, o TUTAJ. Niby to recenzja „Srebrnego dzwoneczka”, ale tak naprawdę – wszystkich moich książek. Wielka to dla mnie radość, czytać takie słowa napisane przez Mamę, która moje książki czytała razem ze swoimi dziećmi. Bardzo dziękuję! 🙂

Nad czym jeszcze pracuję?

Nad tłumaczeniem. Gotowy tekst przekładu lada moment odpłynie z mojego biurka do wydawnictwa.

A potem już głowę będę miała zupełnie, zupełnie wolną! I będę mogła poświęcić się w stu procentach „Haczykowi”. Okropnie mnie do tego ciągnie – bardzo lubię, kiedy akcja mi się rozkręca, gna naprzód, aż ją muszę gonić, aż palce nie nadążają, a jeśli muszę z jakiegoś powodu przerwać – niecierpliwię się, kiedy będę mogła znów usiąść przy komputerze i skończyć wątek. Więc już za chwileczkę nastąpi ta chwila. Co tam chwila – cała masa czasu przeznaczonego wyłącznie na nową książkę. Hura!

Trzymajcie się ciepło, korzystajcie z sierpnia – ja mam przed sobą jeszcze jeden krótki wyskok, o czym pewnie też później skrobnę. Uściski dla Was wszystkich!