Dzień bez cienia

Czy wiecie, że właśnie dziś w Indiach obchodzi się „Dzień bez cienia”? 15 maja w południe słońce nad Bombajem znajduje się w zenicie – świecąc pionowo z góry sprawia, że wszelkie cienie na chwilę znikają. Zjawisko to można zaobserwować również w innych częściach globu i w inne dni – ale mnie interesują właśnie Indie, z podwójnego powodu.

To z Indii przybyli do Europy Cyganie.

A akcja mojej najnowszej powieści pt. Przepowiednia toczy się częściowo w cygańskim taborze. Więcej: trafia do niego chłopak bez cienia. (Choć nie w dniu bez cienia 😉 )

Wszystko to więc bardzo ładnie łączy się i zazębia, z czego zamierzam skorzystać, żeby opowiedzieć Wam o arcyciekawej wizycie w Muzeum Kultury Romskiej w Brnie, w Czechach.

Najpierw jednak opowiem troszkę o historii Cyganów.

 

Maksymilian Gierymski, Obóz Cyganów I (1867-68)

 

Przez wiele lat utrzymywano, że Cyganie przybyli do Europy z Egiptu. Pierwsze zachowane wzmianki o nich pochodzą z XI wieku – wtedy to mieli się pojawić w Konstantynopolu. Twierdzili, że wędrują z „Małego Egiptu” i że są pokutującymi pielgrzymami. Nie byli nimi, ale dzięki temu blefowi zyskiwali zaufanie rdzennych mieszkańców późnośredniowiecznej Europy. Nikt nie przeszkadzał im w wędrówce, wspierano ich na wszelkie sposoby, również materialnie. Właśnie w tym czasie pojawiły się w różnych językach nazwy tego koczowniczego ludu, pochodzące od słowa „Egipt”, na przykład: Gypsies (angielskie), Gitanos (hiszpańskie), Gitanes (francuskie).

 

Antoni Kozakiewicz, Obóz cygański (Monachium 1885)

 

Kolejne wzmianki, z XIV wieku, wspominają już o Cyganach na Krecie, Korfu i w ogóle na Peloponezie. To potwierdza tezę o pochodzeniu ich z „Małego Egiptu”, tak bowiem nazywano trzy różne krainy w Azji Mniejszej i Grecji. Także w XIV wieku pojawia się po raz pierwszy określenie feudum Aciganorum, z którego wywiodła się nazwa Cygan (język polski), a także m.in. Zigeuner (niemiecki), Zingaro (włoski), Cikan (czeski).

Pierwsze wzmianki o Cyganach w naszej części Europy pochodzą z XV wieku. Z kronik dowiadujemy się, jak wyglądali: ubrani byli w kolorowe stroje, zielone i czerwone, ozdobione dużymi srebrnymi guzikami. Czasami prowadzili tresowane niedźwiedzie i małpki. Naczelnicy przemierzali drogę konno, za nimi zaś jechały wozy ciągnięte przez konie i osły, niekiedy także mniejsze wózki zaprzężone w woły.

 

Géza Mészöly, Wędrujący Cyganie (1873-75)

 

Długo nie wiedziano, skąd w rzeczywistości Cyganie przybyli do Europy. W kronikach zachowały się wzmianki o ich dziwnym narzeczu – zapisano, że porozumiewają się mową, której nikt nie może zrozumieć, za to sami rozumieją inne języki.

Na pierwszy trop dotyczący pochodzenia cygańskiej mowy trafiono dopiero w XVIII wieku. Późniejsze studia językoznawcze podjęły badania porównawcze tego języka oraz języków Indii i wykazały szczególne pokrewieństwo mowy Cyganów z grupą dialektów hindi. Okazało się, że pokrywa się w nich wiele wyrazów, a rozmaite naleciałości – perskie, ormiańskie, greckie – wskazują na to, jaką drogę przebył ów koczowniczy lud zdążając w głąb Europy.

 

 

Chociaż początkowo tabory przemieszczały się przez Europę bez przeszkód, z czasem Cyganom zaczęło żyć się trudniej. W opowieści o pokutniczej misji nikt już nie wierzył, zaś sami mieszkańcy taborów coraz częściej spotykali się z zabobonnym lękiem ludności zamieszkującej nowe dla wędrowców tereny. Cyganie wyglądali inaczej, mówili niezrozumiałym narzeczem, uprawiali wróżbiarstwo, mieli swoje, często budzące lęk, zwyczaje i rytuały. Z czasem w kolejnych krajach zaczęto uchwalać prawa antycygańskie – odizolowani, niechętnie widziani, coraz częściej zamiast tradycyjnym kowalstwem zajmowali się kradzieżą i szalbierstwem, co tylko przyczyniło się do ich złej sławy.

W Polsce aż do połowy XVI wieku nie podjęto żadnych dyskryminacyjnych uchwał, wręcz przeciwnie – u nas cieszyli się Cyganie wolnością i mieli pełne prawo przemieszczać się swobodnie po kraju.

Sytuacja uległa zmianie, kiedy po ogłoszeniu edyktów banicyjnych w Niemczech Cyganie zaczęli uciekać stamtąd do bezpieczniejszej Polski, w obawie przed pogromami i narastającymi w Niemczech okrutnymi prześladowaniami. Te nowe grupy, ratujące się ucieczką, żyjące w niepewności i strachu, niestety chętniej podejmowały działalność rabunkową niż rzetelną pracę. Dlatego też i w Polsce z czasem Cyganie zaczęli spotykać się z nieprzychylnością i wydano rozporządzenia grożące karami za udzielanie im pomocy. Polacy bowiem mimo wszystko nierzadko – choć bynajmniej nie zawsze – pomagali mieszkańcom taborów, udzielając im wsparcia finansowego, pożywienia, a niekiedy nawet schronienia na jakiś czas.

Ostatecznie na początku XVII wieku zaniechano w Polsce uchwał antycygańskich – z tego prostego powodu, że i tak nikt ich nie przestrzegał. Wtedy też powołano do życia instytucję króla cygańskiego, w wierze, że to pomoże zapanować nad ludem miłującym wolność i swobodę i jakoś zorganizować wspólne życie.

Nie będziemy wnikać szczegółowo w losy Cyganów polskich pod zaborami – nie były one wesołe; w poszczególnych zaborach traktowano ich zgodnie z surowym niekiedy prawem państw zaborczych. Szczególnie źle żyło im się pod rządami Józefa II, który nie miał dla Cyganów litości. Z kolei władze rosyjskie zezwalały grupom cygańskim na więcej swobody, w związku z czym coraz więcej ich przenosiło się poza granice Królestwa Polskiego, na wschód. Na ziemiach polskich było ich coraz mniej.

Ale lata mijały i niespodziewanie w latach 50. i 60. XIX wieku pojawiły się nowe, inne grupy Cyganów. Porozumiewali się jeszcze innym dialektem, byli bogatsi, strojniejsi – większość z nich należała do dwóch głównych szczepów: Kełderasza z Rumunii i Węgier oraz Lowari z Siedmiogrodu. Pierwsi zajmowali się przede wszystkim kotlarstwem, drudzy – handlem końmi. W tym samym czasie przybyli też do Polski Cyganie węgierscy, zajmujący się głównie szeroko pojętym handlem. Potem stopniowo przybywały jeszcze inne, mniejsze grupy, nazywane od swoich profesji np. niedźwiednikami czy sitarzami.

 

 

 

 

 

 

Pierwsi nowo przybyli nosili stroje węgierskie: obcisłe spodnie, podobne do tych, jakie noszą nasi górale; kołpaczki na głowach, kurtki z wielkimi srebrnymi guzami wielkością i kształtem przypominającymi kurze jaja. Później ta moda nieco się zmieniła: kurtki z guzami pozostały, ale spodnie zaczęto nosić bufiaste i obszerne, bardziej rosyjskie w charakterze.

I takich właśnie Cyganów najczęściej spotykamy w powieściach, baśniach, romansach cygańskich, poematach, operach, baletach i tak dalej, i tak dalej.

Tacy też – barwni, malowniczy, kochający wolność, ale jednak nie pozbawieni wad – pojawiają się w mojej Przepowiedni.

 

 

Z tym też wiąże się niejako opowieść o muzeum, do którego trafiłam właściwie przez przypadek. Będąc w Brnie spojrzałam na mapę Google, a tam niespodziewanie zaczerwienił się znacznik: Muzeum Kultury Romskiej.

Przepowiednia była już wówczas napisana i przekazana wydawcy, tym niemniej temat cygański pozostawał dla mnie wciąż interesujący. Wybraliśmy się więc do muzeum, co okazało się wycieczką niezwykłą – zarówno ze względu na ciekawe eksponaty, jak i obsługę. Można by ją (wycieczkę) właściwie nazwać zderzeniem kultur, na wielu płaszczyznach 😉

Idąc od ścisłego centrum Brna w stronę muzeum (z mapką otwartą w telefonie) zorientowaliśmy się w pewnej chwili, że niepostrzeżenie znaleźliśmy się chyba w sercu romskiej dzielnicy. Wokół nas zaroiło się od smagłych, czarnowłosych dzieci oraz ich rodziców, a pewnie i cioć, wujków, kuzynów, dziadków i innych krewnych, bowiem wszyscy oni przebywali na ulicy, dokąd na ogół – i to chyba w każdym miejscu świata – Romowie chętnie przenoszą swoje domowe życie. To znamienne, że mimo wielu dziesięcioleci, które minęły od wprowadzenia zakazu przemieszczania się w taborach, Cyganie nadal najwyraźniej przedkładają życie nieskrępowane i swobodne nad to ograniczone czterema ścianami.

Dotarliśmy wreszcie do Muzeum Kultury Romskiej – jego piękne drzwi z okrągłym oknem, przypominającym drewniane koło wozu zobaczyliśmy z daleka.

Wewnątrz – pustki. Nowocześnie, czysto, ładnie, hall schludny i oszczędny w wyrazie. Przy kasie, za wysokim biało-szklanym kontuarem mężczyzna o czarnych włosach przyprószonych siwizną i z takimż wąsem, w okularach na nosie, pogrążony w odcyfrowywaniu jakichś paragonów. Stanęliśmy grzecznie przy kasie i czekamy.

I czekamy.

I czekamy.

I nic. Jakbyśmy byli przejrzyści. Odezwaliśmy się po angielsku, ale w odpowiedzi usłyszeliśmy tylko pomruk.

W końcu jednak nasz kasjer, jak się okazało – Rom, sprzedał nam bilety. Niełatwo się nam było dogadać, bo on nie bardzo umiał po angielsku, my nie bardzo po czesku, a tym bardziej – po romsku, ale się udało.

Muzeum okazało się wspaniałe.

W pierwszej sali trafiliśmy na kilka monitorów oraz nieco więcej słuchawek – w każdych słuchawkach można było posłuchać innej muzyki: pięknych czardaszy, piosenek, romskiego jazzu, a także muzyki poważnej, wykonywanej przez cygańskich muzyków (głównie skrzypków). Na monitorach z kolei pokazywały się filmy z Romami grającymi i tańczącymi przy różnych okazjach.

 

 

Kiedy już się nasłuchaliśmy, wyrósł obok nas inny siwy starszy pan, o niebywałych złoto-czarnych oczach, i trochę po czesku, trochę po angielsku, trochę na migi, wytłumaczył nam, że należy się udać na piętro. Wręczył nam też audioprzewodniki z wersją angielską (hura!) i dodatkowy przewodnik papierowy.

Wystawa na piętrze okazała się niezwykle bogata i ciekawa. Poprowadziła nas z Indii poprzez Europę i zaznajomiła z historią mowy Romów (przejrzysta, elegancka tablica wskazywała na podobieństwa między tym językiem a językami Indii). Dalej mogliśmy podziwiać stroje, biżuterię, obecność motywów cygańskich w malarstwie:

 

 

 

 

 

 

Potem przyszedł czas na instrumenty muzyczne, przedmioty magiczne służące do wróżenia, takie jak karty, diabełki wykonane z wosku i ludzkich włosów, kostki, czyli kości drobiowe omotane czarnymi włosami, „trupki” z wosku i jeszcze inne straszności.

 

 

 

 

 

 

 

Pośrodku jednej sali stał drewniany wóz z budą, wokół którego zaaranżowano obóz kotlarskiej rodziny, wraz z ogniskiem i rozmaitymi sprzętami.

 

 

 

Oprócz tych eksponatów na wystawie znajdowało się też dużo archiwalnych zdjęć – wszystko niezwykle interesujące.

 

 

 

Ostatnia część muzeum poświęcona była losom Romów w czasie II wojny światowej – co jednak znałam już z książek i czego nie chciałam oglądać na zdjęciach i w dokumentach. Ciężko to znoszę, a skoro wiem to, co wiedzieć należy, uznałam, że pominę ten fragment ekspozycji.

Na koniec siwy Rom o niezwykłych oczach, który czekał na nas u wyjścia z wystawy, odebrał od nas audioprzewodniki. Spytałam – znów tą mieszaną mową i trochę na migi – czy mogę kupić ten papierowy przewodnik, który dał nam na początku zwiedzania. „Nie, jest nie na sprzedaż” – usłyszałam. Bardzo pożałowałam, bo zawierał mnóstwo ciekawych informacji i zdjęć. I widocznie jakoś ten mój żal się uwydatnił, całkiem niechcący, bo pan popatrzył na mnie i powiedział, że dobrze, że mogę zatrzymać przewodnik. „Ale ile płacę?” – spytałam. „Nic, nic” – odpowiedział i się uśmiechnął.

Ucieszyłam się bardzo i przepełniona wdzięcznością udałam się do kontuaru z kasą, gdzie, jak zauważyłam wcześniej, można było kupić także różne książki i albumy na temat Romów i ich kultury. Poprosiłam kasjera-wąsacza (nadal się biedził nad paragonami i kalkulatorem) o dwa katalogi z minionych wystaw, ale niestety to wywołało wielką konsternację wszystkich obecnych. Znów nie mogliśmy wyjaśnić sobie, o co chodzi (z powodu komplikacji językowych). Ostatecznie okazało się, że pan nie może mi sprzedać egzemplarzy z gablotki, a pozostałe schowane są w szafce, do której on zgubił kluczyk.

Czekaliśmy więc długo, bardzo długo, bo pan kasjer zniknął, aż wreszcie wrócił z uśmiechniętą młodą Cyganką, która lepiej od niego mówiła po angielsku i – co ważniejsze – miała drugi kluczyk! Tak więc, zaopatrzeni w przewodnik i dwa katalogi opuściliśmy Muzeum Kultury Romskiej. Nie mogliśmy się nadziwić, że tak mało w nim było zwiedzających! Bo to naprawdę świetne miejsce. Z czystym sumieniem polecam wszystkim, którzy wybierają się do Brna 🙂

No i tak oto dotarliśmy do końca opowieści o Cyganach, przybyłych do Europy z „Małego Egiptu” – a tak naprawdę z Indii, w których dziś właśnie świętuje się „Dzień bez cienia”.

 

Marcin Minor, ilustracja do książki Przepowiednia

 

A dlaczego chłopak w Przepowiedni nie miał cienia? To znaczy – właściwie go miał, ale… przeczytajcie sami 😉

 

 

PS Podobno dzisiaj jest też Dzień niezapominajki! Więc uśmiecham się do Was z niezapominajkowej łączki 🙂

__

Przy przygotowywaniu tego tekstu korzystałam z książki Jerzego Ficowskiego Cyganie na polskich drogach, wydawnictwo Nisza, Warszawa 2013

„Pod słup, na wzgórek”

Kiedy byłam mała – nie bardzo mała, ale mała – lubiłam podczytywać „Ballady i romanse” Mickiewicza.

Mieliśmy w domu między innymi „Ballady, bajki, wiersze” zilustrowane przez Antoniego Boratyńskiego – obrazki były przerażające, począwszy od tego na okładce – ale właśnie to „przerażające” kusiło w dziwny sposób, więc często do tej książki wracałam.

Miałam też osobne wydanie „Pani Twardowskiej” z wcale nie przerażającymi ilustracjami Zbigniewa Rychlickiego – bardzo je lubiłam. Miało tę zaletę, że opatrzono je (nielicznymi) przypisami, dzięki czemu tekst był bardziej zrozumiały.

Bo, rzecz jasna, nie rozumiałam wszystkiego, o czym ballady opowiadały – ale to wcale nie przeszkadzało mi tonąć w tym przedziwnym świecie, pełnym cudów i strachów.

Rzeczą nie do końca jasną był dla mnie na przykład ów „słup”, pod który biegły dzieci w „Powrocie taty”. Oczywiście, jak zawsze, kiedy czegoś nie wiedziałam, dopytałam się u starszych, co to może znaczyć. Przydrożna kapliczka – odpowiedziano mi. To był ten „słup” z „cudownym obrazem”. Ale jak go sobie wyobrazić? Dlaczego słup? Przydrożne kapliczki, jakie znałam, wcale nie przypominały słupa.

Po wielu latach, jako studentka, pojechałam po raz pierwszy na Litwę. I tam odwiedziłam cudowny, wspaniały skansen w Rumszyszkach (mam słabość do skansenów!). Ta wizyta wyjaśniła wszystko.

Do Rumszyszek wróciłam rok temu i w tym roku – i tym razem przywiozłam z sobą mnóstwo zdjęć.

Skansen obejmuje ogromny teren (175 hektarów!), który podzielono na kilka części, odpowiadających regionom Litwy.

W każdej z tych części stoi wieś – jak żywa. Można spacerować opłotkami; od jednej wsi do drugiej wędruje się polnymi ścieżkami albo przez las, mostek i rzeczkę – drzewa szumią, trawy falują, pachnie zboże. Przed chałupami kwitną kolorowe i pachnące kwiaty, brzęczą pszczoły wokół uli, w cienistych sadach stoją ławeczki, w ogródkach pnie się w górę fasola i kwitną ziemniaki, pachnący groszek wije się przy ganku. Żyć nie umierać 🙂 (W skansenie jest i miasteczko, ale o nim może innym razem.)

Przy jednej z dróg stoi za płotem drewniany kościół, otoczony kolekcją przydrożnych kapliczek – „słupów”. I to je przede wszystkim chciałam Wam dzisiaj pokazać – są przepiękne, cudnie rzeźbione albo wzruszająco naiwne – każda inna, wszystkie wspaniałe.

Zresztą podobne stoją też w poszczególnych „wioskach” w całym skansenie.

Ciekawe, swoją drogą, jak dokładnie wyglądała ta kapliczka, o której myślał Mickiewicz, pisząc „Powrót taty”. W każdym razie – jak się przekonałam na własne oczy – nie bez powodu nazwał ją „słupem”. Zresztą pewnie wszyscy tam tak na nie mówili.

Pięknie rzeźbione, charakterystyczne krzyże można spotkać na Litwie nie tylko w skansenie – wciąż jeszcze stoją gdzieniegdzie przy drogach i zachwycają misternym wykonaniem.

A gdybyście się wybierali do Wilna – zajrzyjcie koniecznie do Muzeum Narodowego w Starym Arsenale. Tam także znajduje się bogata, cudowna wystawa kapliczek i krzyży przydrożnych – niesłychane bogactwo form i wzorów. Warto!

Zwłaszcza, jeśli ktoś chciałby poczuć się przez chwileczkę jak na Litwie Mickiewicza… 🙂


Przechodnie. Listopadowy album przodków

Zawsze bardzo lubiłam święto Wszystkich Świętych.

Nie był to dzień smutny, tylko dzień zadumy; refleksyjny i bardzo rodzinny.

Do dzisiaj to święto jest dla mnie ciepłym jak płomyk przebłyskiem pamięci o ludziach, którzy odeszli.

W szarości i we mgle, w mrozie albo w deszczu – gdziekolwiek by się człowiek nie ruszył, widzi dziesiątki, setki, tysiące migoczących ogników, skupionych na cmentarzach.

Każdy z tych ogników to co najmniej jedna myśl i jedna modlitwa, biegnąca od ludzi do ich nieobecnych bliskich; każdy z nich to co najmniej jedno wspomnienie.

Dziesiątki, setki i tysiące mrugających światełek. Tyle dobrych myśli. Tyle wspomnień. Wszędzie wokół. Czy to nie piękne?

Kiedy pani Anna Ułas, przeczytawszy „Haczyk”, podsunęła mi pomysł utworzenia wspólnej galerii dziadków i pradziadków (o narodzinach pomysłu można przeczytać TUTAJ), od razu wydało mi się, że należy otworzyć ją właśnie przy okazji Zaduszek.

Przysłaliście (a właściwie: przysłałyście) mi bardzo dużo fotografii Waszych Przodków – z ciekawymi, niekiedy bardzo wzruszającymi opisami. Wszystkie razem tworzą piękną i osobistą galerię postaci z przeszłości – i najserdeczniej Wam dziękuję za ten wielki wkład w nasz wspólny album.

Pomyślałam, że nazwę tę galerię „Przechodnie” – nie tylko ze względu na pierwotny pomysł, zgodnie z którym miała ona zawierać zdjęcia zrobione naszym przodkom przez przygodnych fotografów ulicznych, znienacka, w ruchu i w miejskim krajobrazie, ale też dlatego, że – przecież – wszyscy jesteśmy przechodniami na tym świecie. Przychodzimy, odchodzimy; zostawiamy po sobie ulotne wspomnienia albo bardziej namacalne pamiątki i ślady – albo fotografie, ukryte w rodzinnym albumie.

Popatrzmy dziś na te twarze, pomyślmy przez chwilę o tych dzielnych, dobrych ludziach – większość z nich przeżyła takie ciężkie czasy! Nie mogłam się uwolnić od tej myśli, przyglądając się Waszym – i swoim – rodzinnym fotografiom.

A zatem: zajrzyjmy do środka…

Na początek – klasyczne zdjęcia „uliczne”:

Danuta Wolak:

Dziewczyna w środku to moja Babcia – Julianna Gałczyńska (nazywana przez wszystkich Lilą). Babcia Lila, wówczas szesnasto- lub siedemnastoletnia dziewczyna, idzie ulicą Siedlec z koleżankami z tajnych kompletów (były to lata okupacji).

Babcię niezmiennie podziwiałam za hart ducha, energię, pracowitość i zaradność. W tamtym czasie sama uczyła się na tajnych kompletach (i zdała tam maturę), a młodszym koleżankom dawała korepetycje z francuskiego.  Jako najstarsza z trójki rodzeństwa, pomagała swojej mamie prowadzić sklep, który w czasie okupacji Prababcia otworzyła, żeby utrzymać siebie, dzieci i dalszych, mniej zaradnych krewnych (pradziadek zmarł jeszcze przed wojną). Tuż po wojnie babcie przez jakiś czas ukrywały w mieszkaniu żołnierza AK, poszukiwanego przez nowe władze…

Babcia Lila zmarła, kiedy miałam 13 lat, ale mam ją w pamięci bardzo wyraźnie – taka to była silna, zdecydowana, pełna życia, a przy tym ciepła, serdeczna i szczodra Osoba.


Małgorzata Leśko:

Moja młodziutka babcia Irenka w towarzystwie swoich rodziców (nauczycieli z Wadowic) spacerują deptakiem w Krynicy – druga połowa lat 30, jeszcze przed wojną.


Beata Strużanowska:

Fotografia przedstawia moich Dziadków po kądzieli Martę i Leona Gołaszewskich, młode trzyletnie małżeństwo (wówczas mające 2-letniego synka), przechodzące obok słynnego Dworu Artusa w Toruniu, vis a vis ratusza.

Zdjęcie zostało zrobione w 1933 roku, czyli w roku 700-lecia Torunia, co można dojrzeć w lewym, dolnym rogu fotografii.
Moi kochani Dziadkowie byli bardzo szczęśliwym, zgodnym i szanującym się małżeństwem.Przeżyli wspólnie pięćdziesiąt dwa lata. Doczekali się dwóch synów i córki (mojej Mamy). Bardzo byłam związana z Babcią i Dziadkiem, z którymi wychowywałam się pod jednym dachem przez trzynaście pierwszych lat mojego życia. Dziadek Leon był moim duchowym mistrzem, z którym odkrywałam świat Biblii i wiary. Zmarł trzydzieści cztery lata temu, a babcia Marta, chociaż tylko dwa lata młodsza od dziadka – sześć lat temu, w wieku stu jeden lat. Przeżyła piękne i długie życie w dobrym zdrowiu, zawsze otoczona kochającą ją rodziną. Była niezwykle zgodną, radosną i dobrą osobą oraz bardzo elegancką kobietą. Do ostatnich chwil życia dbała o ubiór i fryzurę. Ogromnym szczęściem jest dla mnie fakt, że moje dzieci, Zuzia i Jaś, mogły poznać, pokochać i jeszcze kilka lat towarzyszyć życiu babci.


Anna Ułas:

Dęblin, rok prawdopodobnie 1938.

Moi dziadkowie ze strony mamy: Janina z Jakubowiczów i Józef Gruszecki. Dziadek troszkę z tyłu, bo pomimo wysokiego kapelusza – niższy od babci.

Dziadek pracował jako majster w zakładach lotniczych. Naprawiał silniki samolotowe. Przybył do Dęblina po I wojnie światowej z Buczkowic koło Żywca. Bardzo nas kochali.

Dęblin z r. 1938.

Moja ukochana babcia Janinka Gruszecka na spacerze.

Zdjęcie zrobione 6 sierpnia 1936 (podpisane).

Moja kochana babcia Janina wraca prawdopodobnie z kościoła z moją mamą Haliną – tu lat 5. Miejscowość Dęblin.

Wpadły mi w oko dwie panie z tyłu, w identycznych sukienkach.

Babcia wychowywała troje dzieci.

Kraków, pierwsza połowa lat 30.

Moi dziadkowie ze strony taty Mariana Czopa, który wygląda tu, jakby miał krzywicę, a nie miał.

Babcia Agnieszka z Szafrańców i dziadek Maciej Czop, który bardzo kochał moją starszą siostrę. Zmarł przed moim urodzeniem.

Zawsze był uśmiechnięty, nawet na tym zdjęciu. Pokazuje prawdopodobnie fotografowi, że ma puste kieszenie.

Dziadek był robotnikiem w elektrowni.

Był Sybirakiem. Walczył w 5. Dywizji Syberyjskiej. Też.


Natalia Roloff:

Moja babcia – Maria Roloff. Gniezno 1938 r. Od niedawna mężatka. Zawsze mówiła, że przed wybuchem wojny przeżyła jeden prawdziwie cudowny i spokojny rok.

Z lewej babcia Maria Roloff, obok jej przyjaciółka.

Dziadek – Edmund Roloff. Dziadek brał czynny udział w Powstaniu Wielkopolskim. Później przejął fach po swoim ojcu Wojciechu i został dekarzem (tak jak później jego syn a mój tata – Stefan). Na tym zdjęciu dziadek zbiega ze stopni przy katedrze gnieźnieńskiej. Wielokrotnie tam pracował. W kopule wieży jest szklana zakorkowana buteleczka, a w niej kartka z datami konserwacji wież i nazwiskami mistrzów dekarskich, którzy tych konserwacji dokonali. W tej kapsule czasu jest mój dziadek i mój tata.

To co niesamowite na tym zdjęciu, to te wypastowane buty dziadka. Dzisiaj nawet pracownikom biurowym tak buty nie lśnią…

Karpacz, wrzesień 1959 roku. Babcia Genia Nowak (w białej bluzce) w sanatorium z nowo poznanymi znajomymi. Babcia chorowała na gruźlicę, miała problemy z sercem. Przez wiele lat jeździła do różnych zakątków Polski, żeby podreperować zdrowie.

Moja mama – Krysia Rzepka – ze swoją mamą, Genowefą. Gniezno 1962 rok. Moja mama ma tu 13 lat.

Gniezno, pierwsza z prawej – moja mama, Krysia Rzepka. Na spacerze ze swoją szkolną koleżanką i jej mamą. Okolice jeziora Jelonek.

Gniezno, okolice jeziora Jelonek.

Na zdjęciu mój tata – Stefan Roloff ze swoją kuzynką. Pewnie był młodszy niż ja teraz. Miał mniej niż 30 lat.


Renata Banasińska (Zośka):

Sądząc po wieku dzieci zdjęcie zostało najprawdopodobniej wykonane w 1945 lub 1946 roku na podwórku przy domu. Nie wiem kto jest autorem zdjęcia. Są na nim moje trzy ciocie i kuzyn (to ten najmniejszy, w jasnej koszulce i spodniach do kolan). Na pierwszym planie widzimy Triksa – rasowego owczarka niemieckiego, wychowanego i wytresowanego w przedwojennej policji kolejowej. Jego pierwszy właściciel opuszczając Warszawę w pierwszych tygodniach wojny zatrzymał się na obiad i odpoczynek u moich dziadków. Nie mógł dalej iść z psem i poprosił gospodarzy o zaopiekowanie się Triksem. Obiecał, że po wojnie wróci po niego. Mówił też, że pies zapracuje na siebie. I tak było. Triks miał znakomity węch i wychowanie: wyśledził niejednego wioskowego złodzieja, na hasło „pilnuj” kładł się grzecznie, obserwował otoczenie i przechodzące osoby ale podejść nikomu nie pozwolił oprócz swojego nowego pana – mojego dziadka, który nie tak od razu został „jego panem”. Pierwszy właściciel owczarka nigdy nie wrócił po psa i nie wiemy jaki był jego los.

Zdjęcie zostało zrobione najprawdopodobniej tego samego dnia co poprzednie. Jest na nim mój dziadek, którego nigdy nie poznałam, oraz moje trzy ciocie (moja mama urodzi się dopiero za kilka lat). Dziadek właśnie wychodził do kościoła (pewnie jechał wozem, bo to kilka ładnych kilometrów drogi). Wiatr tego dnia był duży. Jest to jedno z kilku zdjęć dziadka jakie się zachowały. Dziadek był doskonałym stolarzem samoukiem. Oprócz narzędzi rolniczych wyrzeźbił m.in. szachy (a może warcaby?) oraz
liczne meble w domu. Niestety nic z tego nie zachowało się.

A tutaj widzimy moją ciocię (to najmniejsza z dziewczynek na poprzednim zdjęciu). Jest bardzo dumna bo sama sobie uszyła sukienkę, w której ją widzimy. I jeszcze obowiązkowe białe rękawiczki i torebka. Jedzie z koleżanką do kościoła, a zdjęcie zrobił najprawdopodobniej absztyfikant cioci. Myślę, że to połowa lat pięćdziesiątych.

A wszystko to miało miejsce na wsi mazowieckiej pomiędzy Sochaczewem a Łowiczem.


Mama Isi (w imieniu wnuczek, Asi i Zosi Tołkin):

Te trzy zdjęcia są z Włodzimierza Wołyńskiego. Na pierwszym są prapradziadkowie panienek (Asi i Zosi) od strony dziadka, Bogumiła: Olga i Stanisław Oświecimscy. Na drugim i trzecim (zimowe i letnie) praprababcia Olga z młodocianym pradziadkiem Jerzym, który akurat tamże uczęszczał do gimnazjum.

Na tym zdjęciu (powojennym) mamy prababcię panienek (żonę gimnazjalisty z poprzednich zdjęć), Antoninę z córeczką, Irenką, w wózeczku głębokim z epoki. Byłam przekonana, że w wózeczku jest dziadek panienek, Bogumił, ale onże mnie wyprowadził z błędu.

Na zdjęciu powyżej mamy prapraprababcię Asi i Zosi od mojej strony: Zofię Czerewko – to ta serdecznie uśmiechnięta pani siedząca na leżaku w sadku przed ich domkiem w Nowym Targu. Pani w okularach to przyjaciółka prapraprababci, a z tyłu stoi jedna z czterech jej córek: Stasia.

Na zdjęciu powyżej małżonek Zofii, Stanisław Czerewko w oszałamiającym fontaziu. Mieli ośmioro dzieci: cztery córki i czterech synów. Pani w letnim kapeluszu, poniżej, to ich najstarsza córka, Marysia, praprababcia Asi i Zosi.

Po powiększeniu zdjęcia w środku widać oboje prapradziadków panienek: Marię i Adama Wrackich (praprababcia w kapeluszu i futrze, prapradziadek z wąsikiem a la Hitler; niestety, taka była w okresie międzywojennym moda, nb. prapradziadek Oświecimski też miał takie wąsiki). Na drzewie w środku siedzi prababcia panienek, Alicja. Sad chyba w Zawadówce, w lubelskim.

U góry pradziadkowie panienek, a moi rodzice: Alicja i Stanisław Siomowie. Siedzą przed naszym domem w Gdyni.  Na zdjęciu poniżej ich dzieci: Adam i Ewa (czyli babcia Asi i Zosi, czyli ja) po nieudanym grzybobraniu.


Ania Czech:

Nie mam pewności czy przypadkiem zdjęcia nie powinny przedstawiać antenatów dalszych niż dziadkowie, ale ponieważ od kilku dni zajmuję się przepisywaniem starych notatek dziadka i zbiegiem okoliczności właśnie teraz trafiłam na ten wpis, zamiast fotografii pradziadków
– Franciszka albo Ludwika, lub prababć – Filomeny czy Marii, wysyłam podobizny dziadka Ambrożego (zwanego Ambrozem, syna Ludwika i Marii) i babci Ireny (zwanej Irką, de domo Sobota, córki Franciszka i Filomeny).

Pierwsze zdjęcie przedstawia dziadka solo i zostało zrobione w październiku 1953 roku w Kudowie-Zdroju. Widać październik był wtedy nieco bardziej łaskawy niż dziś (w Warszawie już najprawdziwszy listopad!). Choć zdjęcie jest czarno-białe, wyraźnie widać, że świeci słońce, a i kurtka, w której kieszeń dziadek wbił lewą rękę, nie wygląda na bardzo ciepłą. Dziadek ma na tym zdjęciu 29 lat, zatem o trzy lata mniej niż ja teraz… Szczerze pisząc, nie mam pojęcia, co akurat robił w Kudowie-Zdroju, wiem za to, że w latach późniejszych jeździli tam z babcią Irką, moim tatą i stryjem Bronisławem na wakacje, czy też – wczasy. Bardzo lubię to zdjęcie, dziadek uśmiecha się na nim tym samym uśmiechem, którym uśmiechał się później do swoich wnucząt i co ciekawsze – tym samym, którym uśmiechał się mój tata i którym uśmiecha się teraz mój młodszy brat!

Drugie zdjęcie to znowu dziadek solo. Lubię je jeszcze bardziej od poprzedniego. Nie wiem, co dziadek notuje i czy faktycznie w takim skupieniu i z lekkim półuśmiechem, czy to jednak zdjęcie z lekka pozowane. Może to jakieś księgi rachunkowe? Jest pieczęć, jest blik w prawym szkle okularów, duże biurko… Takie duże biurko i zapach poduszeczek z tuszem i gumolitu pamiętam z redakcji, w której pracowali później babcia z dziadkiem, a która mieściła się na ulicy Plebiscytowej w Gliwicach. Były tam też olbrzymie i ciężkie dziurkacze i miłe panie z wafelkami. A do tego długie i ciemne korytarze z posadzką lastryko, w którą miłe panie stukały obcasami. Stukało też wiele maszyn do pisania za licznymi drzwiami. Była to redakcja „Inżynierii i Aparatury Chemicznej”. Pamiętam, że ten tytuł brzmiał dla mnie wyjątkowo tajemniczo i chyba nie do końca zdawałam sobie w ogóle sprawę z tego, że to tytuł!

Na kolejnych trzech zdjęciach – babcia z dziadkiem. Na każdym wyglądają na szczęśliwych.
Szczególnie bliskie jest mi to najpóźniejsze (zdaje się, że to lata 60.) – z leżakiem, dmuchanym materacem, kochającym spojrzeniem dziadka i wyjątkowo kpiarską miną babci!
Babcia i dziadek poznali się w Przyszowicach – wsi na Górnym Śląsku, z której oboje pochodzą. Podobno dziadek, starszy o siedem lat, udzielał babci prywatnych lekcji historii. Co ciekawe, młodszy kuzyn dziadka (urodzony w dodatku w tym samym dniu co dziadek,19 listopada) zaczął się w tym samym czasie spotykać z młodszą siostrą babci, Krystyną, z którą są małżeństwem do dziś i wciąż mieszkają w Przyszowicach. Babcia z dziadkiem przeprowadzili się do Gliwic („do miasta”), kiedy chłopcy – Marek i Bronek – byli mali, obaj do szkoły chodzili już w Gliwicach.

Dwa kolorowe zdjęcia wyżej zostały zrobione pewnie jakoś w latach 90. Na pierwszym dziadek Ambroży czyta mojemu bratu, Krzysztofowi. Zdjęcie zrobił stryj w mieszkaniu dziadków.

Dziadek zawsze czytał nam w tej pozycji, w tej samej odpytywał też z tabliczki mnożenia (próżne były nadzieje, że zasnął, kiedy przymykał oczy. Był czujny jak nikt!). Nie wiem, co to za książka, ale wielce prawdopodobne, że „Ptaki Polski” Sokołowskiego, bo Krzysztof uwielbiał (choć chyba format książki ze zdjęcia za duży). Na drugim zdjęciu babcia Irka robi kluski śląskie, a może racuchy ze śliwkami albo kołocz z posypką? Jedno jest pewne – potem nastąpiło kolektywne oblizywanie łyżek, chochli i mątewki (w gwarze śląskiej to, o ile pamiętam, fyrlaczka!)…

*

Dziwnie pomyśleć o tym, że nic z powyższego by się nie zdarzyło, że żadne z powyższych zdjęć nigdy nie zostałoby zrobione, gdyby dwudziestoletni wówczas chłopiec, notujący w maleńkim kalendarzu przeznaczonym na rok 1934, a zapisanym drobnym maczkiem po polsku i niemiecku w 1944 i 1945 r. miał mniej szczęścia…

„Słońce świeci i jest gorąco. Czyścimy ubrania i koce, myjemy i golimy się. Lekcja angielskiego. Wieczorem majowe. KONIEC WOJNY. W nocy biją wszystkie dzwony. Strzały armatnie z wioski słychać śpiewy.”

Dziadek Ambroży zmarł w roku 1997 w wieku 73 lat, bardzo nam go wszystkim brakuje. Zostało mnóstwo historii, anegdot, słów, listów, wspomnień i zdjęć, no i my – jego potomkowie :).


Bożena Zwierzyńska:

Sięgnęłam do rodzinnych albumów, by odnaleźć „uliczno-kapeluszowe” zdjęcie mojej najukochańszej babci, Alfredy Kosiorowskiej. Zrobione w 1937 roku w Kielcach, w czasie krótkiego pobytu młodej Fredy w Polsce – pradziadkowie mieszkali wówczas we Francji, w okolicach Lille, w miejscowości Quiévrechain. Tam też urodzi się moja mama, Josette Antoinette.

Ale wcześniej wydarzy się tam niezwykła historia, przypomniana mi przez opowieść Mamy Isi o wspaniałej praprababci Asi i Zosi, która ocaliła męża z rąk niemieckich.

W czasie wojny, kiedy grupa kobiet i dzieci ukryła się podczas jakiejś akcji Niemców w piwnicy, mój wujek – może dwuletni chłopczyk, który jeszcze, ku zmartwieniu rodziny, nie mówił – powiedział wyraźnie, wyrywając się do wyjścia: „komm, komm, komm”.

Babcia, która w swoim życiu odebrała już kilka takich niepojętych sygnałów, wybiegła z dzieckiem w objęciach – akurat, żeby odnaleźć dziadka i innych mężczyzn ustawionych pod ścianą, do rozstrzelania. A wtedy mały Alfred wyciągnął rączki do dowódcy Niemców i znowu powiedział: „komm, komm, komm”. I Niemiec – młody mężczyzna – rozpłakał się. Okazało się, że on też miał małego synka, hołubił dla niego małe organki. Gdy zorientował się, że jest wśród Ślązaków – a sam pochodził ze Śląska – podarował te organki  dziecku, które – tak daleko od jego domu – wyciągnęło do niego ufnie ręce.

Panna na drugim zdjęciu to Wanda Gajewska, moja prababcia. Po wojnie zarządziła rodzinny powrót do Polski. Miała charakter! A to zdjęcie zawsze kojarzyło mi się z dziewczętami z Avonlea…


Aleksandra Gawor:

Jest w moim domu rodzinny album założony przez mojego Dziadka. Otwierają go dwa portretowe zdjęcia z 1935 i 1937 roku. To moi Dziadkowie ze strony Mamy jeszcze w czasach narzeczeńskich. Kolejne fotografie to ich zdjęcia ślubne, zdjęcia ślubne przyjaciół, potem kolejnego pokolenia. Są również zdjęcia mniej oficjalne, pamiątki z wycieczek, spacerów, spotkań ze znajomymi. Ulotne chwile zatrzymane obiektywem aparatu. Większość osób uwiecznionych na tych fotografiach jest już po drugiej stronie życia, wielu z nich w ogóle nie znałam, nie wiem, kim byli dla mojej rodziny. W tylnej okładce albumu jest kieszonka, do której włożyłam pojedyncze karteluszki z narysowanym rozmieszczeniem zdjęć na poszczególnych kartach i wpisanymi nazwiskami widniejących na nich ludzi. To owoc pewnego popołudnia, które spędziłyśmy z moją już wówczas ponad dziewięćdziesięcioletnią Babcią nad rodzinnym albumem. Nie wszystkie nazwiska udało się Babci przywołać z otchłani pamięci, jednak sporo ich zanotowałam. Może kiedyś kolejne pokolenie się nimi zainteresuje.

Wybierając zdjęcia do Galerii Przodków ograniczyłam poszukiwania tylko do tego albumu. Licznych pudełek, kopert, skrzyneczek nawet nie ruszałam. I tak niełatwo było się zdecydować. Po namyśle mój wybór padł na takie fotografie:

1. Klasyczne zdjęcie „uliczne”. Moi Dziadkowie ze strony Mamy na wiosennym spacerze, najprawdopodobniej w Katowicach, ok. 1936-38 roku. Babcia ma tu niewiele ponad dwadzieścia lat, Dziadek pięć lat więcej.

Nieodmiennie zachwycają mnie wszystkie pieczołowicie dobrane detale ubioru: kapelusz, rękawiczki buty, torebka. Pamiętam, jak Babcia opowiadała, że wszystko musiało być do kompletu.

2.    Jedno z bardzo niewielu zdjęć z tego albumu, na którym jest moja Prababcia (mama widniejącej powyżej szykownej panny).

Tu ze swoją najstarszą wnuczką, kuzynką mojej mamy. Zdjęcie zrobione około 1935 roku najprawdopodobniej z Katowicach-Bogucicach. Mała dziewczyneczka musiała być bardzo dumna z takiej lalki i takiego wózka. To jedyna moja prababcia, którą pamiętam. Zmarła, gdy byłam pięcioletnią dziewczynką, miała ponad 94 lata.

3.    Trzy zdjęcia przedstawiające codzienne życie młodej dziewczyny zrobione na pewno przed 1938 rokiem (rok ślubu moich dziadków) prawdopodobnie przez mojego dziadka.

Babcia w kuchni rodzinnego domu skupiona na gospodarskich czynnościach.

Babcia w reprezentacyjnym pokoju. Na ścianie jej zdjęcie w ludowym stroju – pamiątka wycieczki w góry. Do dzisiaj wisi na ścianie babcinej sypialni. (W zbliżeniu można zobaczyć je TU)

Babcia szydełkująca obrus do ślubnej wyprawy.

4.    Trzy przyjaciółki z Dąbrówki Małej. Zdjęcie zrobione ok. 1936 r.

Dwie z nich to moje babcie. Tak, moje babcie przyjaźniły się w młodości. Potem ich drogi się rozeszły, moi rodzice nie znali się w dzieciństwie. Spotkali się jako dojrzali już ludzie i bardzo szybko pobrali :).

5.    I na koniec dwa zdjęcia zbiorowe zrobione w tym samym miejscu w odstępie trzech lat.

Dąbrówka Mała czerwiec 1931:

Dąbrówka Mała 24 czerwca 1934.

Przesyłam je dlatego, że być może w Twoim archiwum rodzinnym, Emilko, jest podobne zdjęcie.
To zdjęcia prymicyjne naszych „rodzinnych” kapłanów. Na tym z 1931 roku prymicjantem jest brat mojego dziadka ze strony taty ks. Józef Gawor.

Samego dziadka nie ma na zdjęciu, gdyż, jak zapisał mój ojciec w naszej kronice rodzinnej „jego zainteresowanie prymicjami brata było tak „duże”, że podczas wykonywania galowego zdjęcia poszedł na pocztę w Dąbrówce Małej, gdzie akurat pracowała niejaka Łucja Paluchówna czyli późniejsza jego żona”.

Obok prymicjanta siedzi jego ojciec, czyli mój pradziadek po mieczu. Jego żona, moja prababcia już wówczas nie żyła. Jej miejsce zajmuje najstarsza córka.
Ks. Gawor podczas wojny był więźniem obozów w Dachau i Gusen. Prawdopodobnie spotkał się tam z bratem Twojej babci…
Trzy lata później wyświęcony został ks. Henryk Mazurek, brat mojej babci ze strony mamy. Na tym zdjęciu oprócz moich pradziadków po kądzieli (po obu stronach prymicjanta) jest moja praprababcia (obok swojej córki, mojej prababci), a także wszyscy moi dziadkowie. Nad prymicjantem jego siostra, czyli moja babcia Adelajda, obok niej (nad moją prababcią) moja druga babcia Łucja, obok okna po lewej stronie dwóch panów w okularach, ten wyżej to mój dziadek Jerzy Gawor (brat Józefa), a ten niżej to dziadek Henryk. Oczywiście jest tam jeszcze mnóstwo wujków, cioć, kuzynek, kuzynów, znajomych.

Większość osób z drugiego zdjęcia udało się zidentyfikować i zanotować owego popołudnia spędzonego z babcią nad albumem. Nie można tego powiedzieć o pierwszym zdjęciu. Za późno przyszło mi to do głowy…


Emilia Kiereś, czyli ja:

Właściwie chciałam zamieścić w tej galerii tylko zdjęcia moich dziadków, ale ponieważ Ola Gawor w swoim wspomnieniu napomknęła o bracie mojej babci, postanowiłam pokazać tu i jego fotografię.

Brat mojej babci Zofii Barańczakowej, bł. ks. Marian Konopiński, stoi na zdjęciu po lewej stronie. Babcia wspominała zawsze, że był bardzo wesoły i lubił żartować. Był też najstarszy z piątki rodzeństwa. (Pan po prawej opisany jest na fotografii jako Walenty Stachowiak, ale niestety nie znalazłam o nim żadnych informacji w rodzinnych zapiskach.)

Kiedy wybuchła wojna, ks. Marian zgłosił się na ochotnika jako kapelan 15. Pułku Ułanów Wielkopolskich. Po kapitulacji trafił do obozu jenieckiego na terenie III Rzeszy. Zwolniono go stamtąd w 1940 r., ale wkrótce potem został aresztowany i wywieziony do niemieckiego obozu koncentracyjnego w Dachau, gdzie poddawany był eksperymentom pseudomedycznym i w ich wyniku zmarł 1 stycznia 1943 r. Miał 36 lat.

Bardzo mnie poruszyła wiadomość, że brat dziadka Oli, ks. Gawor, przebywał w Dachau razem z bratem mojej babci, w tym samym czasie – i że jako księża z całą pewnością się znali i trzymali się razem. Mimo że to bardzo trudna i smutna historia, myśl o tym jakoś mnie pocieszyła. Nie byli tam tak zupełnie sami.

A tu, po prawej stronie, za stoliczkiem pełnym kwiatów dla nieznanej rekonwalescentki, stoi właśnie moja babcia, siostra wspomnianego ks. Mariana – Zofia Barańczakowa, wówczas jeszcze Konopińska, w przyszłości mama Małgorzaty i Stanisława. Babcia została później stomatologiem, chirurgiem szczękowym – a na powyższym zdjęciu widzimy ją na praktykach w roku 1939, w szpitalu w Ostrzeszowie. Babcia była wówczas studentką III roku medycyny.

Wkrótce po tym, jak zrobiono to zdjęcie, wybuchła wojna i szpital ewakuowano na wschód. Babcia brała udział w tej ewakuacji. Tak pisze o tym w swoich wspomnieniach:

„1 września gdy syreny wyły, bo rozpoczęła się wojna (…) zdenerwowana szłam do szpitala, dowiedziałam się, że już są w szpitalu pierwsi ranni polscy żołnierze i mnóstwo rannych cywilów. (…) Dyrektor zebrał w południe personel i zarządził, że wobec zbliżającego się frontu (granica niemiecka była o 13km od Ostrzeszowa), część załogi musi wywieźć cenne narzędzia chirurgiczne w głąb Polski. (…) Jechaliśmy konnym wozem, powoził ogrodnik z Ostrzeszowa. (…) Napisałam do domu, że ewakuuję się z częścią dobytku szpitalnego, ale list już nie doszedł, bo poczta nie działała”.

Minęli Warszawę i skierowali się na Brześć. Droga była trudna i niebezpieczna, drogi pełne ludzi ratujących życie i dobytek przed Niemcami.

Przekroczywszy Bug babcia i jej towarzysze zatrzymali się na wsi, gdzie przyjęto ich w jednej z chałup. Zaraz potem nastał 17 września i wojska radzieckie uderzyły od wschodu.

Widząc, co się dzieje, babcia i jej współpodróżni postanowili zawrócić, jak wielu innych ewakuujących się w głąb ówczesnej Polski. Po długiej, niebezpiecznej i mozolnej wędrówce dotarli z powrotem do Wielkopolski i tu już babcia została.

Odwiedzaliśmy ją niemal codziennie, bo mieszkała po drodze ze szkoły do domu. Była bardzo ważną osobą w życiu nas wszystkich, prawdziwym spoiwem całej rodziny.

Zmarła w grudniu 2014 roku, miała 98 lat.

Na zdjęciu poniżej – babcia Zofia w 1943 roku. Bardzo lubię tę fotografię.

Ewakuacja na wschód, wędrówka do Brześcia, za Bug to jest punkt, w którym pokrywają się nieco, a w każdym razie zbliżają się do siebie nici życia mojej babci Zofii Barańczakowej, wówczas jeszcze Konopińskiej – i moich drugich dziadków, Haliny i Tadeusza Musierowiczów:

Moja babcia Halina Musierowicz, z domu Kozłowska, urodziła się w 1910 roku w Inowrocławiu. Do Poznania przyjechała na studia polonistyczne.

Mój dziadek, Tadeusz Musierowicz, urodził się w Łodzi, w 1906 roku. Do Poznania przyjechał na studia, po których został leśnikiem; specjalizował się w gospodarce leśnej.

Po ślubie dziadkowie mieszkali w Poznaniu – powyższe zdjęcie zostało zrobione przed wojną, na ulicy Paderewskiego. Poniższe, mniej więcej w tym samym czasie, na ul. Św. Marcin, również w Poznaniu:

Wkrótce potem dziadek dostał pracę w Warszawie, w Generalnej Dyrekcji Lasów Państwowych, i całą rodziną przenieśli się do stolicy. Mojego taty nie było jeszcze wtedy na świecie.

Wojna zastała ich w Warszawie. I tu historia wygląda podobnie: zarządzono ewakuację Generalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w głąb państwa. Dziadek z całą rodziną (mieli już wtedy dwójkę dzieci) wyruszył więc na wielotygodniową tułaczkę, jak tyle innych rodzin w tym czasie, w kierunku Brześcia.

Po drodze mieli oczywiście rozmaite mniej i bardziej niebezpieczne przygody, w międzyczasie nastał 17 września – i ostatecznie dziadkowie znaleźli się w Wilnie. Tam spędzili całą wojnę, tam też dziadek włączył się do partyzantki AK.

W 1941 r. w Niemieżu pod Wilnem, gdzie wówczas mieszkali, urodził się mój tata, a dwa lata później – jego brat, ostatni z czwórki rodzeństwa.

Kiedy wojna się skończyła, dziadkowie postanowili, póki jeszcze było można, wrócić do Warszawy. Nie mieli jeszcze wtedy pojęcia, jak wyglądała zrujnowana stolica.

Ostatecznie, ponieważ dom w Warszawie przestał istnieć, dziadkowie postanowili pojechać do Gdańska, ale po drodze zatrzymali się w Olsztynie i tam już zostali.

Z czasem jednak cała rodzina postanowiła wrócić do Poznania. Dziadek sprawował pieczę nad lasami komunalnymi, babcia była nauczycielką języka polskiego.

Babcia Halina – zwana przez małą mnie „Kochalinką” – zmarła, kiedy byłam już licealistką. Dziadka niestety nie znałam – umarł niedługo po moim urodzeniu.

***

Jestem pewna, że każdy z Was miałby do opowiedzenia jeszcze wiele rodzinnych historii i że wszystkie byłyby niezwykle ciekawe i poruszające – choć z pewnością każda rodzina ma też jakąś smutną opowieść, bo przecież nasi dziadkowie, pradziadkowie i prapradziadkowie żyli w trudnych i dramatycznych czasach. I niejednokrotnie mieli przygody, o jakich nam się nie śniło i jakie (na całe szczęście!) znamy tylko z książek i filmów. I z rodzinnych wspomnień właśnie.

Jeszcze raz dziękuję pani Annie Ułas za podsunięcie mi pomysłu na tę galerię.

I dziękuję przede wszystkim Wam – za przysłanie starych fotografii i za napisanie kilku słów o ich bohaterach. Cieszę się, bo dzięki tej galerii miałam możliwość choć troszkę poznać Waszych Bliskich, powspominać ich razem z Wami – i zostać niejako pośrednikiem w tych opowieściach o nich.

Cieszę się, że mogłam – mogliśmy – zahaczyć o ich losy, przeplatające się na rozmaite sposoby, czasami wręcz nieprawdopodobne (babcie Oli Gawor! Dziadek Ani Czech i jego kuzyn, i ich żony! Bracia-księża mojej babci i dziadka Oli!…).

A przy okazji popytałam też o własnych przodków i dowiedziałam się o nich znów nieco więcej.

Życzę Wam rodzinnych, refleksyjnych Zaduszek – niech wspomnienia o bliskich będą dla Was jak ciepły płomyczek w te szare i zimne dni.

Do następnego razu!

Listopadowy album…

Hej, hej, moi mili,

połowa października zbliża się wielkimi krokami, przypominam Wam więc o projekcie pod roboczym tytułem „Listopadowy album przodków” – do niedzieli czekam na Wasze zdjęcia (przechodnie@kieres.net), niezbędne informacje znajdziecie TUTAJ.


Za pomysł jeszcze raz dziękuję pani Annie z Warszawy, wszystkich gorąco zapraszam do wspólnych fotograficznych wspominek, zainspirowanych poniekąd przez „Haczyk”.

Jesienne podróże

Mili Czytelnicy,

spędziłam miniony weekend w podróży – do i z Katowic, przejechałam więc spory kawał drogi przez Polskę, dwiema różnymi trasami, i powiem Wam jedno: jaki piękny jest teraz świat! I jaki kolorowy!

Pola we wszelkich możliwych odcieniach brązu i szarości, mgły białe, szare i błękitnawe, a w tym pasące się na zielonych skrawkach oziminy sarny i łanie. Ptaki drapieżne szybujące równolegle z pociągiem, szalone dzikie wino w kolorach prawdziwie winnych, porastające nieomal wszystkie murki, latarnie, płotki, ściany i słupy przy nieomal wszystkich stacjach kolejowych, jarzębiny jak małe latarenki i widoczne nawet z bardzo daleka, płonące w całym krajobrazie jak złote lampy – żółciutkie jesiony. Ogniska na polach i buchające z nich siwe słupy dymu, którego zapach dało się odczuć w pociągu (lubię, lubię ten zapach!). Mijałam ogródki działkowe przypominające wielobarwne patchworki, kwitnące fioletowymi marcinkami, czerwieniące się jabłkami, żółte jesiennymi liśćmi i zasnute dymami, płynącymi nisko z kominów letnich domków.

Jak mnie to wszystko zachwyca!

No i same Katowice, oczywiście – kolejne z odkryć na mojej mapie wędrówek po kraju. Już kiedyś byłam w tym mieście, ale przelotem i na chwilę, tym razem miałam okazję troszkę sobie po nim pospacerować (choć i tak na prawdziwe zwiedzanie czasu miałam mało). Zaciekawiły mnie muzea (wystawa ikon, na którą niestety zabrakło mi czasu!), różne ciche uliczki i pasaże, ładne kościoły, piękne kamienice, świetny, pomysłowo zaprojektowany i nowo wyremontowany rynek – z chęcią połaziłabym sobie jeszcze trochę, co oznacza, że mam doskonały powód, żeby tam wrócić!

Ale nie jest to powód jedyny ani najważniejszy – tym bowiem jesteście Wy 🙂

Chcę bardzo podziękować wszystkim, którzy odwiedzili mnie na targach książki! Tyle wspaniałych, ciepłych i miłych spotkań, tyle uśmiechów i serdecznych słów – dziękuję! Tak lubię się spotykać z Wami, Czytelnikami, i z Rodzicami i z Dziadkami Czytelników – tyle się o Was dowiaduję, tak dobrze jest widzieć i poznawać Was i Wasze twarze!

Wspaniale udało się też spotkanie z okazji 25-lecia czasopisma „Guliwer” – kto był, ten wie, kto nie był, niech żałuje 😉

Dziś, zregenerowana po długiej podróży niezwykle długim pociągiem (poważnie, dawno nie widziałam TYLU wagonów doczepionych do jednej lokomotywy!), wyspana, z głową pełną miłych wrażeń i wspomnień, zasiadam dziś do biurka, z zapałem do pracy i do pisania nowej książki. Wyznam tu, że w podróży poczyniłam kilka ciekawych obserwacji przyrodniczych, które jak znalazł wpasują się w nastrój powstającej historii o… ale nie, jeszcze nic nie zdradzę. Będziecie mieli niespodziankę!

Aha! Przypominam też o naszym wspólnym projekcie (niech będzie, że to „projekt”) Listopadowego Albumu Przodków! Czekam na Wasze rodzinne zdjęcia, pierwsze zaczynają już napływać, zapowiada się niezwykle ciekawa galeria! Szczegóły znajdziecie w tym wpisie: KLIK , a zdjęcia możecie przysyłać na adres przechodnie@kieres.net. Liczę na Was!

Uwaga, aktualizacja: ponieważ wielu z Was pisze, że nie ma zdjęć dziadków/pradziadków wykonanych na ulicy i z zaskoczenia, postanowiłam zmienić nieco formułę: wszelkie zdjęcia są mile widziane! I te zrobione w domu, i te przed domem, na polu, gdziekolwiek – najważniejsze, żeby było na nich widać Waszych przodków i żebyście mogli napisać o nich dwa zdania 🙂 Skrzynka pocztowa czeka! 🙂

Listopadowy album przodków

Drodzy Czytelnicy,

tuż przed wakacjami dostałam niezwykle miły i inspirujący list od Pani Anny z Warszawy. Z Panią Anną miałam przyjemność spotkać się wcześniej na Warszawskich Targach Książki, zresztą już po raz kolejny 🙂

Zanim jednak opowiem Wam o tym liście, przypomnę, jak to w mojej ostatniej książce pod tytułem Haczyk  bohaterowie natrafiają przypadkiem na stare fotografie, przedstawiające przechodniów na ulicach dawnego miasta.

– Wszystkie są zrobione na tej samej ulicy – zauważyła tonem odkrycia. (…)

– Ktoś robił je chyba, idąc chodnikiem. Można nawet ułożyć je w kolejności (…). Ale to akurat nie jest dziwne, przed wojną robiono dużo takich ulicznych zdjęć.

– Skąd wiesz?

– Interesuję się tematem, to wiem – uciął. – Z tym że zwykle robiono je przechodniom, którym potem próbowano je sprzedać. Chyba każdy ma przynajmniej jedno takie zdjęcie w rodzinnym albumie.

Zdjęcia znalezione przez Weronikę i Karola okazały się później bardzo niezwykłe, ale nie o tym chcę pisać.

Chcę Was za to spytać: czy i Wy macie w rodzinnym albumie przynajmniej jedno takie zdjęcie? Takie, na którym widać Waszych przodków idących ulicą i sfotografowanych, co wielce prawdopodobne, z zaskoczenia? To ważne – i już wyjaśniam, dlaczego.

Jak widać na załączonym obrazku, list, który dostałam, napisany został na arkusikach, na których wydrukowano zeskanowane uprzednio takie właśnie fotografie.

Pani Anna pisze do mnie:

Przyznaję, że podczas oglądania zdjęć często natrafiałam na zdjęcia zrobione na ulicy. Nazywałam je: „babcia w kapeluszu”.

Może zrobimy taką właśnie wystawę zdjęć dziadków, pradziadków „zdjętych” na ulicy. Każdy będzie miał okazję dopytać rodziców o szczegóły, powspominać.

Zatem: wiecie już, do czego zmierzam!

Propozycja Pani Anny niezwykle mi się spodobała – byłoby wspaniale, gdybyśmy mogli stworzyć taki szczególny, wspólny album fotograficzny, nie sądzicie? 🙂

Jeśli macie w rodzinnych archiwach fotografie przodków – ale właśnie takie zrobione na ulicy, w ruchu, często z zaskoczenia; takie jak zdjęcia załączone do cytowanego listu – zeskanujcie je, proszę, albo zróbcie im zdjęcie – i prześlijcie na specjalny adres: przechodnie@kieres.net wraz z kilkoma zdaniami na temat bohaterów tych fotografii.

Myślę, że to będzie nie tylko wspaniała zabawa – ale przede wszystkim zbiorowe wspomnienie dawnych, młodych lat naszych babć i prababć, dziadków i pradziadków – a niejednokrotnie na pewno wspomnienie ich samych, tych bliskich, choć często odległych w czasie osób, z którymi łączą nas więzy krwi i których może nawet nie mieliśmy szansy poznać, bo nasze drogi się minęły.

Mam nadzieję, że i Wam spodoba się ten pomysł – będę czekała na Wasze rodzinne fotografie i ich opisy (mogą być zupełnie króciutkie!) do 15 października, a później zbiorę je wszystkie razem i opublikuję na tej stronie w postaci listopadowego albumu przodków. Sama też pokażę, co kryje się w moich albumach. Co Wy na to?

Będę wyglądać niecierpliwie Waszych fotograficznych przesyłek! Tymczasem pozdrawiam ciepło wszystkich – do następnego razu! 🙂

Uwaga, aktualizacja: ponieważ wielu z Was pisze, że nie ma zdjęć dziadków/pradziadków wykonanych na ulicy i z zaskoczenia, postanowiłam zmienić nieco formułę: wszelkie zdjęcia są mile widziane! I te zrobione w domu, i te przed domem, na polu, gdziekolwiek – najważniejsze, żeby było na nich widać Waszych przodków i żebyście mogli napisać o nich dwa zdania 🙂 Skrzynka pocztowa czeka! 🙂

Już jutro…!

Kiedy byłam mała – a potem nieco większa – moja droga do szkoły prowadziła na całkiem sporym odcinku przez piękną aleję kasztanową. Były to czasy, w których nikt jeszcze nie słyszał o szrotówku kasztanowcowiaczku, a kasztanowce długo miały piękne, duże i zdrowe zielone liście.

Idąc do szkoły, schodziło się w tę aleję z Mostu Teatralnego, mijając z boku budynek opery (czasami akurat przywożono na wielkich przyczepach dekoracje i można było wówczas podejrzeć jakieś przepastne krajobrazy, baśniowe lub nadmorskie scenerie namalowane na wielkich planszach czy płótnach i przymocowane do drewnianych stelaży; w drodze powrotnej, po lekcjach, słychać było zazwyczaj próby, i arie niosły się po ulicy…) – i już było się w alei. Na prawo, za operą i za aleją rozciągał się trawiasty skwerek. Na lewo, za brukowaną jezdnią, stały piękne stare wille i dziewiętnastowieczne kamienice. Był tam też teren porośnięty dzikim zielskiem i chwastami, na którym znajdowały się ponadto jakieś drobne budyneczki czy baraki – szczegółów tych zabudowań już nie pamiętam – oddzielony od ulicy przepięknym, kutym ogrodzeniem. Zapewne kiedyś za żelazną furteczką stał jakiś wytworny budynek, który nie dotrwał do naszych czasów. Później wybudowano w tym miejscu poznański oddział Polskiej Akademii Nauk – ale zabytkowe ogrodzenie wyremontowano i zostawiono na miejscu 🙂 Jest tam do dzisiaj.

Aleja urywała się przy skrzyżowaniu przed kościołem dominikanów – tam należało przejść przez podwójną zebrę, skręcić w lewo na kolejnym przejściu i iść dalej jeszcze trochę, aż w końcu doszło się do szkoły.

No i właściwie przez całe życie, kiedy tylko widzę kasztanowce, zawsze przypomina mi się ta aleja, którą przemierzałam niezliczoną ilość razy, o każdej porze roku i w każdą pogodę, rano i po południu – te stare, wielkie drzewa, w tak dużej ilości, jasnozielone i kwitnące ślicznie na wiosnę, potem sypiące maleńkimi owockami wielkości biedronki, a wreszcie jesienią – rodzące wielkie kasztany i powoli rudziejące. Kiedy pani w szkole kazała przynieść kasztany na lekcję plastyki – zawsze trzeba było udać się po nie do tej alei. Bywało, że niebezpiecznie się tamtędy chodziło, bo chłopaki rzucały grubymi i ciężkimi patykami, żeby strącić nie całkiem jeszcze dojrzałe kolczaste kulki.

W każdym razie – kasztany oznaczały jesień i szkołę. Na początku września jeszcze trudno było znaleźć jakieś owoce, które w wielkich ilościach spadały z drzew dopiero kiedy zbliżał się październik.

Dlatego tak się  zdziwiłam, kiedy, udawszy się na jednodniową wycieczkę, znalazłam dziś taką oto sporą ilość kasztanów – ślicznych, błyszczących, gładkich i jedwabistych, z wzorem podobnym do tego, w jaki układają się słoje w drewnie. Miłe znalezisko, przywodzące na myśl odległe szkolne czasy.

Tyle że oczywiście nie dla wszystkich są to czasy tak odległe. Z pewnością są wśród nas liczni szczęśliwcy, którzy już jutro pomaszerują do szkoły.

Popatrując więc na te dzisiejsze zbiory i wspominając wszystkie moje wrześnie, myślę ciepło o Was: uczniach, nauczycielach, rodzicach i wszystkich innych osobach, które są w szkole potrzebne i bez których szkoła nie działałaby tak jak trzeba. 🙂

Idzie jesień, kolejny piękny rok przed nami – ile on mieści ciekawych dni, miłych spotkań, ile nowych rzeczy się wszyscy dowiemy, ile nowych książek przeczytamy! To i owo pewnie też zapomnimy, ale to, co naprawdę ważne, na pewno zostanie. 🙂

Przesyłam Wam uściski i trzymam kciuki za Was, niech to będzie dobry, owocny czas!

Półmetek

I już półmetek wakacji! Ogród nieco jesienny, trochę jakby dojrzalszy i znużony latem. Słońce bledsze niż w czerwcu i wcześniej zachodzi. Wieczory chłodne i pachnące – nie tylko maciejką, ale niekiedy już i dymem. Niebo cudnie rozgwieżdżone. Jabłka dojrzewają. Kwiaty kwitną – i przekwitają. Odwiedzają nas wiewiórki, rozpłaszczone na tynku biegają zabawnie w górę i w dół.

I jeszcze tyle zostało do przeczytania z letniego stosiku! 😀 Rzeczy nowe, rzeczy stare i najbliższe, ukochane.

Ale nie tylko się czyta… To i owo również powstaje, bo powiedzieć, że „się pisze”, to jeszcze zbyt wiele. Ale w głowie i w wyobraźni dzieje się dużo, wątki narastają, zazębiają się i przenikają. Jestem pełna entuzjazmu i nowej energii – kolejne wyzwanie fabularne przede mną. Lubię ten stan 😀

Co rzekłszy, życzę Wam pięknej drugiej połowy lata 🙂

M.C. Escher

– Od samego początku ci mówiłem, że coś tu nie gra. Jak na tych grafikach Eschera.
– Na jakich znowu grafikach?
– Był taki rysownik – robił różne zagmatwane rysunki, jakby złudzenia optyczne. Na przykład schody, po których ktoś się wspina i zawsze wraca do tego samego punktu, choć ciągle idzie pod górę.

– tak mówił Karol, bohater Haczyka, do Weroniki.

Ponieważ może, podobnie jak Weronika, część z Was (zwłaszcza młodsza) nie wie, kim był Maurits Cornelius Escher i jak wyglądały jego grafiki, postanowiłam troszeczkę Wam o nim napisać i pokazać kilka jego niezwykłych prac. „Troszeczkę” – bo tak naprawdę całość jego dzieła jest materiałem na wielką rozprawę, w dodatku: po części matematyczną. A do tego się chyba nie całkiem nadaję (choć matematykę zawsze bardzo lubiłam! 😉 ).

Maurits Cornelius Escher urodził się w 1898 roku w Leeuwarden w Holandii.

W 1903 roku rodzina Escherów przeprowadziła się do Arnhem, gdzie trzynastoletni Maurits rozpoczął naukę w szkole średniej. Uczył się nie najlepiej i z kłopotami, ale już wówczas zdradzał ponadprzeciętny talent plastyczny.

W 1919, w dużej mierze pod wpływem ojca, który uważał, że jego syn, choć kiepsko radzi sobie z matematyką, powinien jednak odebrać porządne wykształcenie, podjął studia w Szkole Architektury i Zdobnictwa w zabytkowym holenderskim mieście Haarlem. Dość szybko jednak okazało się, że interesuje go nie tyle architektura, co grafika. Ona też stała się głównym tematem jego haarlemskich studiów, nad którymi czuwał portugalski wykładowca, Samuel Jesserun de Mesquita (przyznajcie, że brzmi to wszystko bardzo malowniczo! Szczególnie mnie zachwyca myśl o studiowaniu zdobnictwa w roku 1919).

Escher skończył studia w 1922 roku – do tego czasu świetnie opanował rysunek i techniki graficzne, szczególnie drzeworytnictwo.

Później, stale doskonaląc swój warsztat, podróżował po krajach śródziemnomorskich, Szwajcarii, w końcu osiedlił się w Belgii, skąd jednak w czasie drugiej wojny światowej wrócił już na stałe do ojczyzny. Nie zrezygnował z podróży, ale to Holandia pozostała jego domem, tam też zakończył swój żywot w roku 1972.

Znawcy dzielą jego twórczość na dwa etapy – przed rokiem 1937 i po roku 1937.

Prace powstałe do roku 1937 to głównie pejzaże i szkice natury (w tym: zwierząt i owadów), w których skupiał się na detalu i wiernym odtwarzaniu rzeczywistości.

Przełomem okazała się podróż do Hiszpanii w roku 1936; Escher po raz kolejny zwiedził wówczas Alhambrę, był w La Mezquita – mauretańskim meczecie w Cordobie, studiował też mauretańską architekturę. W Alhambrze spędzał podobno całe dnie, odwzorowując tamtejsze mozaiki. To właśnie wtedy zaczęła się jego fascynacja mozaiką, tworzoną w oparciu o siatkę geometryczną – i tam miały źródło jego późniejsze prace, przedstawiające zawiłe, zazębiające się, mozaikowe wzory, stworzone m.in. z przekształconych wizerunków ryb, ptaków czy gadów. Motywy te, przenikające się nawzajem, pozwalały też artyście na zobrazowanie jego przekonania o dualizmie świata, to znaczy o tym, że składa się on z dwu przeciwstawnych pierwiastków, które, choć niezależne, tworzą całość.

Mniej więcej w tym punkcie dochodzi więc do przełomu i zarysowuje się wyraźna granica, oddzielająca prace powstałe po roku 1937 od wcześniejszych grafik Eschera. Od tego momentu można dostrzec w jego twórczości zwrot ku geometrii, zainteresowanie naturą przestrzeni, perspektywą, często sprzeczną z doświadczeniem wzrokowym, i różnymi punktami widzenia.

Bruno Ernst w swojej książce The Magic Mirror of M.C. Escher (Magiczne lustro M.C. Eschera) pisze, iż sam artysta mówił wprost, że jest dyletantem w kwestiach matematycznych. Żartował, że w szkole miał marne oceny z matematyki, a teraz poważni naukowcy ilustrują swoje naukowe dzieła i teorie jego grafikami. „Zapewne są nieświadomi faktu, że jestem w tych sprawach całkowitym ignorantem” – miał stwierdzić.

Jego prace rzeczywiście oparte są w dużej mierze na geometrii, i to dość zawiłej – choć (podobno) pojmował ją raczej intuicyjnie. Część grafik oparł na matematycznych figurach niemożliwych – takich, które fizycznie nie mogą zaistnieć. Do tych prac należy między innymi litografia, o której wspominał Weronice Karol w Haczyku – nosi ona tytuł Wchodząc i schodząc. Postacie pokonują kolejne stopnie, ale nie schodzą wcale niżej ani nie wchodzą wyżej, tylko zawsze trafiają do punktu wyjścia.

M.C. Escher tworzył przede wszystkim litografie i drzeworyty, choć kilka jego mezzotint jest uznawanych za arcydzieła tej techniki.  Był jednak nie tylko artystą grafikiem – ilustrował też książki, projektował tkaniny artystyczne, znaczki pocztowe i murale. Praca twórcza go pochłaniała, w ciągu swojego życia stworzył 448 litografii i drzeworytów oraz ponad 2000 rysunków i szkiców.
Zachęcam Was do zajrzenia na stronę poświęconą M.C. Escherowi, gdzie można między innymi obejrzeć film przedstawiający artystę przy pracy.

Mam nadzieję, że tych z Was, którzy dotąd nie znali M.C. Eschera, zdołałam zainteresować choć trochę tą niezwykłą i niepowtarzalną postacią – i że będziecie raz po raz wracać do jego grafik. A w każdym razie: że będziecie potrafili rozpoznać jego prace i że każdy z Was (inaczej niż Weronika) będzie wiedział, o co chodzi, kiedy usłyszy „Escher!”.


Przy pisaniu powyższego tekstu korzystałam z informacji zawartych na oficjalnej stronie poświęconej M.C. Escherowi (www.mcescher.com) oraz w książce Bruno Ernsta The Magic Mirror of M.C. Escher (wyd. Taschen).